Innowacje wehikułem wzrostu

01.10.2016
Nie ma zgody co do tego jaka polityka fiskalna i monetarna jest w stanie pobudzić ślimaczą gospodarkę świata. Tym bardziej sensowne jawi się wskazanie, iż jedyną znaczącą siłą zdolną pociągnąć konsumpcję są innowacje.


Na początek naszego cotygodniowego przeglądu nowych, interesujących opinii w świecie – jak głębokie jest spowolnienie gospodarcze demonstruje wyliczenie ekonomistów z Mercatus Center. Ich zdaniem największa, najsilniejsza gospodarka świata, czyli USA, przy prognozowanym przez Kongresowe Biuro Budżetowe średnio 2-procentowym tempie wzrostu rocznie przez najbliższe 30 lat, podwoi swoje bogactwo dopiero za 35 lat. W historii zwykle wystarczały do tego cykle 10-12 letnie, za wyjątkiem lat II Wojny Światowej 1940–1943 oraz słabego gospodarczo okresu pomiędzy latami 1975 i 1981.

Świat zatem poszukuje wehikułu, który ożywiłby gospodarczy wzrost. Rynki chwilowo ożywiła ugoda na temat ograniczenia produkcji ropy naftowej przez kraje OPEC, którą nieoczekiwanie podpisała Arabia Saudyjska kończąc dwuletnie wydobycie bez ograniczeń. Cel tej polityki, uśmiercenie amerykańskiego boomu łupkowego, został osiągnięty częściowo, boom w Stanach się skończył, ale firmy istnieją i czekają.

Rzecz w tym, że jak twierdzi analityk Bloomberga Saudowie konkurują nie tyle z odwiertami ropy łupkowej, ale z czymś znacznie trudniejszym do okiełznania – amerykańskim rynkiem finansowym, który skutecznie utrzymuje łupkowe firmy w pełnej gotowości bojowej oczekując na opłacalny poziom cen ropy.

Arabia Saudyjska tymczasem zaczęła się dusić rosnącym deficytem budżetowym i dlatego królestwu potrzebne są pieniądze. Cena ropy podskoczyła o ponad 6 procent, analitycy zaczęli spekulować jak świetnie ożywi to takie giganty jak Exxon czy Mobil Corp., ale następnego dnia inwestorzy przypomnieli sobie, że Arabia dostarcza tylko jedną trzecią światowej ropy i kraje nie zrzeszone w OPEC jak Rosja, Kazachstan, Meksyk, Norwegia mogą zwiększać wydobycie. I ropa zaczęła tanieć. Ropa więc, przynajmniej na razie, nie ożywi gospodarek na dłuższą metę.

Uwaga ekonomistów powraca więc znowu do polityki banków centralnych, wobec której panuje jednak galimatias opinii. Zgoda jest co do tego, że dotychczasowe rozwiązania nie są specjalnie skuteczne. Rozbieżność opinii pogłębia się gdy przychodzi do dyskusji co banki powinny robić dalej.

Paul Kupiec i Alex Pollock, ekonomiści z American Enterprise Institute zastanawiają się np. dlaczego banki centralne uparcie trwają przy zerowych/negatywnych stopach procentowych. Nouriel Roubini, obecnie na Uniwersytecie Nowojorskim uważa, że banki centralne powinny przekazać pałeczkę rządom aby te zaczęły wprowadzać systemowe reformy.

Najświeższym dodatkiem do debaty o polityce banków centralnych wobec kryzysu jest Brexit. Desmond Lachman z American Enterprise Institute zastanawia się czy brytyjski funt jest na prostej drodze do kryzysu, co jest niebezpieczne z powodu aż 7-procentowego deficytu na bieżącym rachunku zewnętrznym. I pyta wobec tego czy przypadkiem Brytyjczycy nie cierpią na ekonomiczny analfabetyzm.

Zdaniem Lachmana debata powinna koncentrować się na tym jak amortyzować inflacyjne zawirowanie powodowane deprecjacją funta (która jak pokazują wszelkie znaki będzie postępować). Tymczasem w Wielskiej Brytanii główne pytanie koncentruje się na tym o ile więcej ekspansji w polityce fiskalnej i monetarnej może zamortyzować spowolnienie tempa gospodarczego wzrostu. Zagrożenie inflacją jest o tyle istotne – przypomina Lachman – że 60 procent brytyjskiej gospodarki stoi na eksporcie-imporcie, czyli zależy od kursu funta. Deprecjacja waluty ma tymczasem taki efekt, że zasoby gospodarcze przesuwane są ku zewnętrznej stronie gospodarki, co przeszkadza w zbijaniu deficytu handlowego.

Galimatias opinii sprowokował Paula Romera, naczelnego ekonomistę Banku Światowego do wysoce kontrowersyjnej hipotezy, iż środowisko ekonomistów popadło w niebezpieczny „kult akademickiej makroekonomii”. Romer zastanawiając się dlaczego kryzys 2008 roku miał i ma tak nikły wpływ na rozwój tej dziedziny ekonomii, doszedł do przekonania, że w środowisku obowiązuje lojalność względem liderów i tuzów tegoż środowiska, co zastąpiło poszukiwanie prawdy.

Rezultat jest niebezpieczny, bo brak nowych propozycji w teorii makroekonomii kosztuje nas wszystkich – zgadza się z Romerem komentator Bloomberga.

Wolno rozwijającej się globalnej gospodarki grozi na dodatek coraz silniej perspektywa kryzysu chińskiej gospodarki. Zdaniem ekspertów zacznie się od bankowości. Chińskie władze rozpoczęły akcję zamiany długów w państwowych bankach na akcje w zadłużonych przedsiębiorstwach, co ma powstrzymać wzrost zadłużenia korporacyjnego. Zadłużenie to wynosi 171 procent PKB, relatywnie jest więc dwukrotnie wyższe niż amerykańskie i koncentruje się w starych, niekonkurencyjnych przemysłach. Dwaj ekonomiści z UniCredit Bank wskazują, że podjęte kroki, chociaż były efektywne w 1999 roku, teraz nie wystarczą, albowiem Chiny mają obecnie znacznie więcej problemów niż 17 lat temu. Dlatego kryzys finansowy wydaje się nieunikniony jeśli chińskie władze nie podejmą natychmiast rekapitalizacji banków i wysiłków skierowania gospodarki na konsumpcję.

Na tle wielu ponurych prognoz światełko w tunelu pokazuje raport ekonomistów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju OECD o przyczynach spowolnienia wydajności produkcji na świecie, jakie trwa od 20 lat. Autorzy spojrzeli na zjawisko z perspektywy przedsiębiorstw i odkryli, że zatrudnienie w innowacyjnych, przecierających szlaki przedsiębiorstwach, rośnie szybciej, niż w tych pozostających w tyle – proporcja tempa wzrostu w latach 2001-2013 była średnio 2,8 do 0,6 procenta rocznie.

Innowacje mogą zatem dostarczyć upragnionego przełomu. Warto wiedzieć skąd mogą one płynąć – w rankingu 100 najbardziej innowacyjnych uniwersytetów na świecie prowadzi kalifornijski Stanford. Wśród uniwersytetów spoza USA najwyższą pozycję, szóstą na liście, ma południowo-koreański Korea Advanced Institute of Technology, a z europejskich, na 9-tym miejscu jest flandryjski Katolicki Uniwersytet w Leuven.

Przyzwyczailiśmy się, że amerykańskie banki-giganty są za duże aby upaść, nawet kiedy są winne spowodowania globalnego kryzysu gospodarczego. Dużym, a nawet największy do niedawna w USA jest Wells Fargo, w którym niedawno wykryto skandal „sprzedawania” bankowych produktów prawie 2 milionom klientów powołanych do istnienia tylko w wirtualnej rzeczywistości banku. Bank nie upadł, ale rynek wymierzył Wells Fargo karę w postaci spadku ceny akcji, co zmiotło 20 miliardów dolarów wartości firmy, 5300 osób straciło w banku pracę, a naczelny szef stracił 41 milionów dolarów ze spodziewanego wynagrodzenia.

To jednak nie wszystko: największy amerykański stan, Kalifornia z 39 milionami mieszkańców, gdzie Wells Fargo ma swoją siedzibę główną (San Francisco) wypowiedział bankowi współpracę na najbliższe 12 miesięcy. I to jest naprawdę bolesna kara, albowiem Kalifornia jest największym emitentem obligacji komunalnych, a łączna wartość inwestycji stanu sięga 75 miliardów dolarów. Wells Fargo było na 2-gim miejscu wśród banków obsługujących te inwestycje i obligacje, posiadając 11 procent rynku, co miało wartość 4 miliardów dolarów.

Być może to wcale jeszcze nie koniec skutków skandalu, bo zeznań przed ustawodawcami wezwani zostali nie tylko szef Wells Fargo, ale także szefowa Rezerwy Federalnej Janet Yellen.


Tagi


Dodaj komentarz


− 2 = dwa

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane