W USA wiara w sukces przynosi go

14.09.2016
Wyniki badań zdają się wspierać tezę, że mocne wyobrażenia o osobistych korzyściach ze zdobywania wiedzy służą osiąganiu ambitnych celów życiowych. Zmotywowani studenci, przynajmniej ci amerykańscy, przekuwają wiarę o swych przyszłych dokonaniach na powodzenie zbliżone do wcześniejszych oczekiwań.

(CC0 andrewt8)


Nie da się zaprzeczyć, że studia wyższe pomagają w przyszłym życiu, choć ostatnio bardzo przybywa malkontentów kontestujących tę zależność. Mniejsza dziś w Polsce wiara w pożytki ze zdobywania wiedzy uniwersyteckiej płynie w dużej mierze z upowszechnienia się studiów wyższych wśród młodzieży, co zaostrza konkurencję o najlepsze posady i zmagania na najlepsze pomysły biznesowe. W tłoku trudniej wejść do szpicy. Motywację i wiarę w sukces połączyć trzeba zatem z pracą nad książkami.

Matthew Wiswall (Uniwersytet Wisconsin-Madison) i Basit Zafar z nowojorskiego oddziału Rezerwy Federalnej – wykonawcy badań opisanych w pracy pt. Human Capital Investments and Expectations about Career and Family – zauważają, że uprzednie wyobrażenia o przyszłym dobrym życiu pokrywają się nie tylko z powodzeniem finansowym absolwentów. Kto wierzy w sukces, temu los sprzyja także  w takich ważkich kwestiach jak stałość zatrudnienia, dobry ożenek, zarobki partnera i dzietność.

Przekładanie jeden do jeden zależności pojawiających się w Ameryce na to co dzieje się w Polsce byłoby nieprofesjonalne, nauka w Stanach kosztuje bowiem krocie, a dostać się na wybitną uczelnię bez kłopotu mogą tam albo osoby już na pierwszy rzut oka bardzo nieprzeciętne, albo dzieci byłych i jednocześnie bogatych absolwentów. Dobra rzadkie są w cenie, więc ci i te nie płacą zazwyczaj nadaremnie i biorą z oferty uczelni, ile tylko mogą. Tu kryje się zapewne część odpowiedzi na pytanie, dlaczego absolwentom uniwersyteckim z USA wiedzie się z grubsza tak, jak mieli kiedyś nadzieję, a naszym chyba nieco gorzej.

Na początku edukacyjnej drogi silne jest przekonanie, że dzięki studiom na dobrej uczelni będzie w życiu dobrze. Studentki amerykańskie wierzą, że dzięki dyplomowi ich szanse na ożenek w wieku lat 30 będą o 13 proc. większe, niż gdyby były w tym wieku „starymi pannami” bez dyplomu. Studenci sądzą, że szanse te są dla trzydziestolatków po studiach wyższe aż o 35 proc.

>>warto przeczytać: Niebezpieczna iluzja wartości dyplomu

Na „rynku małżeńskim” dyplom dyplomowi nierówny. Studentki są przekonane, że dyplom z nauk ścisłych i biznesu zmniejsza o 15 proc. szanse zamążpójścia w wieku 30 lat w porównaniu z szansami, jakie miałaby posiadaczka stopnia lub tytułu z nauk humanistycznych lub społecznych. Panowie idący na studia są natomiast zdania, że dziedzina i kierunek studiów nie ma wpływu na ich szanse małżeńskie.

Ogólnie biorąc, studenci sądzą, że ich żony będą zarabiały mniej od nich, natomiast studentki przewidują, że będą otrzymywać mniejsze wynagrodzenie niż ich przyszli mężowie. Obie płcie dostrzegają duży „zwrot małżeński” (spousal return) nakładów na wykształcenie. Przejawia się to w przekonaniu, że dyplom zaowocuje nie tylko lepszymi zarobkami dla obojga, ale także zdobyciem dla siebie lepszej partii.

Bez względu na płeć młodzież studencka wierzy, że ukończenie studiów w dziedzinach ścisłych lub ekonomicznych (biznesowych) a nie humanistycznych zmniejszy liczbę dzieci posiadanych w wieku 30 lat odpowiednio o 42 proc. i 48 proc. Jeśliby podowcipkować sobie co nieco i założyć, że Polki i Polacy mają podejście identyczne lub choćby tylko podobne do amerykańskiego, to rozwój humanistyki polskiej na poziomie akademickim wpisać należałoby do programu działań podejmowanych w obliczu tzw. kryzysu demograficznego, znanego gdzie indziej jako całkiem naturalny proces „przejścia demograficznego”, czyli skokowej zmiany wskaźników.

W przypadku podaży dobrej pracy jest, oczywiście, odwrotnie. Studentki i studenci są przekonani, że jakikolwiek dyplom wyższej uczelni poprawia szanse na rynku pracy, ale szanse te są istotnie wyższe, (o 15 proc. w postrzeganiu mężczyzn i o 9 proc. u kobiet), gdy jest to dyplom z dziedzin ścisłych i biznesu.

Dość oczywiste są oczekiwania dotyczące związków zatrudnienia i stanu cywilnego. Studentki uważają, że prawdopodobieństwo ich pracy na pełen etat w stanie małżeńskim w wieku 30 lat jest o 18 proc. mniejsze, niż gdyby były wtedy singielkami. W ich ocenie, prawdopodobieństwo zatrudnienia na pół etatu lub nie pracowania w ogóle jest we wczesnym etapie małżeństwa niemal dwukrotnie wyższe, niż gdyby w wieku 30 lat pozostawały niezamężne. Studenci wierzą, że mężczyzn ten problem nie dotyczy i mają rację.

>>czytaj też: Z dyplomem na garnuszku u rodziców

Po sześciu latach Wiswall i Zafar jeszcze raz zwrócili się do przepytanych osób, wtedy studentów, potem absolwentów, z ankietą jak żyją i co robią. Wprawdzie daleko za wcześnie na ocenę generalną, bo z racji młodego wieku osoby te są ciągle bliżej początku niż środka swej drogi zawodowej i życiowej, można już teraz jednak twierdzić, że oczekiwania wczorajszych studentów zbiegły się w dużym stopniu z ich rzeczywistymi dokonaniami i osiągnięciami.

Średnia oczekiwanych zarobków wyniosła 73,5 tys. dolarów rocznie, a rzeczywista średnia po 6 latach wyniosła 75 tys. dolarów. W 2010 r. 77,5 proc. członków przebadanej próby uważało, że będzie wykonywało „full-time work”, podczas gdy rzeczywisty wskaźnik pełnoetatowego zatrudnienia wynosi 74 proc. Studenci przeszacowali wprawdzie swoje szanse małżeńskie, ale jeśli są jednak po ślubie lub żyją w stałym związku, to spełniły się ich wcześniejsze wyobrażenia o zarobkach partnera/ki.

Co chyba najciekawsze, studenci wierzący, że będą zarabiali więcej mieli generalnie rację, bo rzeczywiście zarabiają więcej. Kobiety, które liczyły na wysoki „zwrot małżeński” wybrały studia konkretne kosztem studiów dla ducha, a te, które zdradziły się ze swoimi dążeniami macierzyńskimi zasiliły wydziały humanistyczne.


Tagi


Dodaj komentarz


2 × cztery =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane