Polak ceni życie nisko, ale coraz wyżej

01.06.2014
Przeciętny Polak w 2005 r. był skłonny zapłacić 1,61 mln dol., byle tylko nie umrzeć przedwcześnie. W 2010 r. już 2,1 mln dol. To i tak mało, bo np. Norweg dałby 4,65 mln, a Luksemburczyk aż 6,28 mln dol. Nie chodzi o szantaż czy powieść science-fiction, tylko o poważne badania potrzebne w wielu dziedzinach gospodarki.  

Pozostałe państwo w infografice na końcu artykułu (infografika Dariusz Gąszczyk)


Główne przyczyny względnie małej u nas rozrzutności w dysponowaniu groszem w zamian za życie mogą być trzy: szacunek dla zarabianych u nas z większym trudem niż gdzie indziej pieniędzy połączony z miłością do dzieci, którym zostałoby więcej, prozaiczny brak lęku przed śmiercią wynikający z przekonania o chroniącej przed piekłem osobistej bezgrzeszności tudzież doświadczenie mówiące, że dłuższe życie to tylko dłuższa starość.

Skalkulować ryzyko

Mawia się wprawdzie, że nic cenniejszego nad ludzkie życie, a tym samym odrzuca się z pobudek moralno-etycznych możliwość kupczenia tym najwyższym dobrem, jest jednak mnóstwo sytuacji, w których oszacowanie wartości ludzkiego życia staje się niezbędne. Pierwszy z brzegu przykład to ubezpieczenia na życie i dożycie, w których chodzi nie tylko o prawidłową ocenę ryzyka śmierci w okresie ubezpieczenia, lecz również o skalkulowanie atrakcyjnej dla płatnika polisy wysokości składki i wypłaty na wypadek nieszczęścia. Podobnych przykładów jest zresztą więcej. Co obiecać policjantowi, strażakowi lub żołnierzowi za ryzyko przedwczesnej śmierci? Najlepiej wytłumaczyć mu, że to niesłychanie rzadki skutek jego pracy i przydarzy się nie jemu, tylko innym, więc nie ma sprawy. Wbrew pozorom udaje się to często – górnicy korzystają z jakiejś wyceny nagłej śmierci, zaś kierowcy wielkich ciężarówek i autobusów nie, choć giną przy pracy o wiele liczniej niż ludzie mozolący się pod ziemią. Tak jest od bardzo dawna przynajmniej w Polsce.

Cena według społeczeństwa

Metod wyceny ludzkiego życia powstało zatem całkiem sporo, lecz żadna nie jest przekonująca i wyraźnie lepsza od innych. Te najczęściej dziś stosowane sprowadzają się zasadniczo do odpowiedzi na pytanie, na ile ja sama/sam wyceniam własne życie, bo wartość mojego życia dla innych to rzecz względna. Weźmy na przykład dwójkę astronautów odciętych na orbicie. Media szaleją, kciuki miliardów ludzi sinieją od nieustannego zaciskania, potęgi globalne natężają się we wspólnym wysiłku i udaje im się wysłać za 10 mld dol. pomyślną misję ratunkową. W tym samym czasie gdzieś w parku dogorywa na ławce bez insuliny kloszard, niegdyś słynny filozof z wiekopomnym dorobkiem. Przechodzą obok niego dziesiątki ludzi, nikt nie wzywa pomocy i wielki człowiek umiera. Odważny i pechowy zarazem (do pewnego tylko stopnia) astronauta wart byłyby dla świata 5 mld dol., a zgięty pod egzystencjalnym ciężarem filozof nic? Dlatego właśnie na pytanie o wartość swojego życia odpowiadać ma zainteresowany, a nie jego otoczenie.

Zdarza się niektórym stanąć przed wyborem pracy spokojnej, lecz niepopłatnej, albo dość niebezpiecznej, lecz wynagradzanej sowiciej. Ponieważ niebezpieczeństwo związane z drugą możliwością jest materialne, choć mało prawdopodobne, to pytanie do kandydata może brzmieć, na ile wycenia jednoprocentowe ryzyko własnej śmierci podczas wykonywania zawodu? Przypuśćmy, że odpowiedź brzmi 100 tys. zł. Wyciąga się z niej wniosek, że wartość życia wynosi 10 mln zł, bowiem śmierć następuje, gdy prawdopodobieństwo zgonu wzrasta do 100 proc., a 100 razy 100 tys. to właśnie 10 mln. Z taką informacją zwielokrotnioną przez tysiące odpowiedzi na podobne pytania i z wykorzystaniem dużej dozy matematyczno-statystycznej biegłości pokusić się można o szacunki odnoszące się do całych populacji.

Dla porządku podkreślić trzeba wszakże istnienie wielu pułapek i problemów badawczych. Przy ryzyku powiększonym do 2 proc. indagowany o cenę ten sam kandydat do dość niebezpiecznej pracy może stwierdzić, że 2 proc. wycenia już na 300 tys. zł, co powoduje, że wartość jego życia wzrasta do 15 mln zł. Jakaś część ludzi uwielbia z kolei pobudzenie i dlatego im wyższe pożądane przez osobnika wyrzuty adrenaliny, tym niższe wyceny niskiego prawdopodobieństwa utraty życia i tym mniejsza uzyskana tą metodą jego wartość końcowa.

Inny kłopot pojawia się przy ocenie ryzyka powolnej i bolesnej choroby śmiertelnej w porównaniu z nagłym zejściem w wypadku. Jaka jest cena cierpień, które fundujemy sobie, gdy dążymy (za wszelką cenę) do przedłużenia życia w ciężkiej chorobie? Kolejny problem – jak duża może być różnica w wycenie, gdy chodzi o dodatkowy rok życia w wieku lat 45 i 70?

Po to jednak mają badacze głowy, żeby sobie z takimi problemami radzili. Dlatego też płacimy im (głównie z podatków) solidnie, choć – rzecz jasna – nie tak dużo jak górnikom dołowym. Gdy zatem mówimy o pojawiających się od czasu do czasu danych na temat wartości statystycznego życia, dobrze pamiętać, że to szacunek dość zgrubny i niedoskonały, ale jednak potrzebny. Po drugie zaś warto wiedzieć, że jest to najczęściej jakaś wartość pośrednia wybrana z dość rozległego przedziału.

W. Kip Viscusi, specjalizujący się w tematyce ryzyka i ubezpieczeń profesor Duke, Chicago, Harvardu, a teraz Vanderbilt University, zauważył („The value of life”, 2005), że robotnicy zatrudnieni na niebezpiecznych stanowiskach wyceniają swoje życie względnie niżej (w relacji do robotników, którym nic nie grozi), ponieważ już wcześniej podjęli decyzję o zatrudnieniu łączącym się z dużym zagrożeniem. Białe kołnierzyki wyceniają się wyżej niż niebieskie kołnierzyki w drelichach, zaś mieszkańcy państw bogatych (Japonia, Kanada) cenią swe życie bardziej niż obywatele państw mniej dostatnich (Korea Płd., Indie, Tajwan). Różnice między państwami wynikają także z różnic w systemach zabezpieczenia i wynagradzania. Popularne, podświadome po części, myślenie może być takie, że skoro płacą nam tak wysokie emerytury i zasiłki, to przecież muszę być warta/wart tych pieniędzy. I vice versa.

Prof. Viscusi podawał, że w Stanach Zjednoczonych wartość statystycznego życia mieściła się na początku obecnego stulecia w przedziale 4–10 mln dol. Tak się składa, że mediana z około 30 różnych badań dotyczących USA wyniosła około 7 mln dol., a więc uplasowała się w bezpiecznie równej odległości od krańców podanego przedziału. W Japonii było to wówczas 9,7 mln dol., a w dorabiającej się usilnie i bez ustanku Korei Południowej zaledwie 800 tys. dol., podobnie jak na pielęgnującym podobny model Tajwanie (200–900 tys. dol.).

Rośnie nam zadowolenie

Zasada ostrożności w podejściu do wyników szacunków wartości statystycznego życia znajduje potwierdzenie w zestawieniu sporządzonym niedawno przez OECD. Jeden rzut oka wystarczy, żeby zauważyć przykład Japonii, gdzie życie miałoby być trzy razy mniej warte niż według źródeł wykorzystanych przez prof. Viscusiego. Okazuje się zatem, że trudności metodologiczne są ciągle bardzo duże. Warto też przypomnieć o zasadzie, według której najlepiej porównywać państwa na podobnym poziomie rozwoju i z podobną strukturą gospodarki. Pod względem wartości życia Polska nie odbiega od Słowacji, Estonii, Turcji, Węgier albo Chile, co podnosi ocenę wartości szacunków OECD.

Objawił się zatem kolejny ich walor – dostarczają całkiem niezłych danych kontrolnych służących weryfikacji ocen tempa rozwoju gospodarczego i zadowolenia z życia, które mimo powszechnych narzekań najwyraźniej w Polsce rośnie.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

OF


Tagi


  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    „Przypuśćmy, że odpowiedź brzmi 100 tys. zł. Wyciąga się z niej wniosek, że wartość życia wynosi 10 mln zł, bowiem śmierć następuje, gdy prawdopodobieństwo zgonu wzrasta do 100 proc., a 100 razy 100 tys. to właśnie 10 mln.” – z faktu, że tak liczą swoje kalkulacje TU dla wartości oczekiwanej LICZNEGO zbioru, nie wynika, że jest to punkt widzenia pojedynczej osoby. Proponuję autorowi skupić się na zasadniczej różnicy pomiędzy aksjomatyczną teorią prawdopodobieństwa Kołmogorowa a akcydentalnym i częstościowym podejściem von Misesa. Z faktu, że teoria Kołmogorowa jest powszechnie używana wynika tylko to, że… jest stosunkowo łatwa do opracowywania teoretycznego. Sam Kołmogorow przyznawał, że jej stosowalność ogranicza się tylko do serii długich i zbiorów o dużej liczności. Naiwne i całkowicie nieuprawnione stosowanie jej do zdarzeń pojedynczych lub serii o niskiej liczności krytykował już Feynmann przy okazji prac nad katastrofą „Challengera”, a miażdżące krytyce poddał Taleb w swoich pracach dotyczących zdarzeń o niskim prawdopodobieństwe. To, o czym pisali badacze w pracach związanych z samowyceną swojego życia, bardziej zahacza o subiektywną teorię prawdopodobieństwa niż o klasyczne prawdopodobieństwo, a w tym o metody stosowane przez TU.

  • Tezcatlipoca2014 pisze:

    A! Jeszcze addendum: wyceny stosowane przez TU mają sens tylko przy niskich ryzykach i w sytuacji, gdy zdarzenia mogą być opisywane jako losowo niezależne, nieskorelowane. Jeżeli natomiast nastąpi ad hoc wzbudzenie korelacji przez jakiś czynnik zewnętrzny, to cała kalkulacja bierze w łeb, bo zgłasza się talebowski „czarny łabędź”: wszyscy ubezpieczeni zginęli i wszyscy spadkobiercy zgłaszają się z polisami po wypłaty. Witamy w świecie Lehmann Brothers i AIG.

Dodaj komentarz


3 + = sześć

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane