10 tys. euro rocznie dla każdego receptą na bezrobocie

26.08.2016
Coraz więcej ekonomistów mówi, że mierzenie gospodarki wskaźnikiem PKB zaprowadziło świat w ślepą uliczkę. Niektórzy idą dalej. - Rozwój gospodarczy i bogacenie się nie powinny być naszym celem! - przekonuje dr Edward Skidelsky, filozof z brytyjskiego University of Exeter.

Edward Skidelsky (CC BY-SA 3.0 LU Jwh)


ObserwatorFinansowy.pl: Jest takie stare popularne wśród socjalistów powiedzenie: „Pieniądz to źródło wszelkiego zła”. Pan się z nim zgadza?

Edward Skidelsky: Nie. Na pewno istnieje zło, którego źródłem nie jest pieniądz. I bez pieniędzy ludzie zabijają się i nienawidzą. Pieniądz to jednak źródło konkretnego rodzaju zła: chciwości.

Spotkał pan w życiu wielu chciwych ludzi?

Niejednego. Na przykład wśród finansistów, których jedynym celem jest robić kasę.

Ekonomiści tłumaczą, że finansiści to pośrednicy, którzy ułatwiają działanie firmom. Bez nich bylibyśmy biedniejsi. Bywają obiektem krytyki, bo ich produktów nie widać, chociaż są realne.

Może ekonomiści mają rację, ale nie zmienia to faktu, że ludzie nie idą pracować w finansach czy bankowości, żeby oliwić gospodarkę i ulepszać świat. Idą tam zarabiać fortuny. Pieniądz staje się dla nich celem samym w sobie i wszystko doń sprowadzają. Kiedy widzą piękny obraz, to zamiast zachwycić się jego urodą, wyliczają jego aukcyjną wartość. Widzą dom i zastanawiają się, czy będzie on dobrą inwestycją. Chcą mieć zawsze więcej, a więc za dużo.

Napisał pan z ojcem książkę, w której tytule zadajecie pytanie „How much is enough?”, czyli w luźnym tłumaczeniu na polski „Dosyć – to znaczy ile?” Rozumiem, że znacie odpowiedź na to pytanie i umiecie dokładnie wyliczyć, ile każdy z nas powinien zarabiać?

To tak nie działa, że mam specjalny kalkulator do wyliczania etycznych zarobków czy etycznego poziomu zysku. Wie pan, jestem wykładowcą akademickim, który latami wykładał studentom etykę i politykę Arystotelesa. Ów myśliciel miał bardzo ciekawe przemyślenia na temat pieniądza, które aż do czasów Adama Smitha stanowiły fundament europejskiej myśli ekonomicznej.

Arystoteles przyznawał, że pieniądz jest użytecznym narzędziem umożliwiającym handel, ale przestrzegał przed uczynieniem z niego celu naszych dążeń. On ideał etyczny widział w rozumnym, a nie w zasobnym życiu. Ci, którzy hołubią pieniądz, zachowują się perwersyjnie.

Arystoteles nie był miłośnikiem handlu. Nie tylko przeciwstawiał się lichwie, lecz także gardził dążeniem do jakiegokolwiek zysku w ogóle.

Tak. I uważał, że każdy z nas powinien posiadać tylko tyle, ile potrzeba mu do dobrego, rozumnego życia. Żeby takowe prowadzić, wystarczy mieć co włożyć do garnka, być relatywnie zdrowym i mieć dach nad głową. Do takiego stanu można dążyć. Na to etyka arystotelesowska przyzwala. Na tyle, a nie na więcej. To jest ogólna wskazówka, którą rozważamy z ojcem w książce.

Współczesny świat od 200 lat już nie pamięta o Arystotelesie i wyzbył się wszelkich ograniczeń etycznych co do gromadzenia i używania pieniądza. W rezultacie dobre życie definiuje się w kategoriach komparatywnych: czy mam tyle samo, czy więcej niż sąsiad? To oznacza niekończący się wyścig.

To wszystko wina Adama Smitha?

Nie. To wina XX-wiecznego fetyszu wzrostu gospodarczego. Wszystkie polityki państwa nakierowane są na pompowanie PKB. Zjawisko to nasila się nieustannie po II wojnie światowej. Generalny zamysł, jak rozumiem, jest taki, że jeśli wszyscy będą bogatsi, łatwiej będzie usprawiedliwić politykę redystrybucji dochodów, bo podatki nie będą tak boleć. Przyznam, że istnieje w tym myśleniu jakiś socjaldemokratyczny komponent.

Uruchomił się też w ludziach skrajny indywidualizm i przekonanie, że mają pełną wolność wyboru, a nie uświadamiają sobie, jak podatni są na marketing i reklamę, pod jaką presją się znajdują.

Zabawne, że akurat pan narzeka na popytową orientację gospodarki. Przecież to jeden z fundamentów polityki keynesowskiej – panu tak bliskiej – że popyt jest ważniejszy niż podaż.

Czy na pewno? Keynes, owszem, sądził, że popyt w gospodarce należy stymulować, ale w krótkiej perspektywie, gdy trwa kryzys. W długiej perspektywie Keynes uważał, że istnieje optymalny poziom konsumpcji, przy którym dalszy wzrost gospodarczy nie jest już konieczny.

Nie do końca rozumiem. Uważa pan, że gospodarka nie powinna rosnąć?

Uważam, że – przynajmniej gdy mowa o rozwiniętych krajach Zachodu – możemy zająć się czymś innym niż tworzenie wzrostu. Inwestycje i wzrost PKB nie powinny być już centralnym celem. Taka reorientacja aspiracji społecznych powinna podlegać publicznej dyskusji, bo przecież tylko masowa zmiana klimatu intelektualnego może odwieść ludzi od nadmiernej konsumpcji i zmienić ich styl życia. Duża tu rola państwa, które może zaoferować ludziom odpowiednie ułatwienia w tym zakresie. Obecnie np. nawet, jeśli chcesz pracować na niepełny etat i mieć więcej czasu dla siebie, pracodawca nie będzie zbyt chętny, by ci na to pozwolić. To musi się zmienić. Mamy za dużo ludzi pracujących na cały etat i jednocześnie za dużo niepracujących wcale. Praca musi być równiej dystrybuowana.

I jak tego dokonać?

Zaproponowaliśmy z ojcem wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego.

Nihil novi.

Tak, ale uzasadnienie mamy nowe. Na przykład Milton Friedman chciał wprowadzać coś podobnego do dochodu podstawowego, znane to jest jako negatywny podatek dochodowy, ale uzasadniał to inaczej. Chciał wyeliminować w ten sposób zachęty do niepracowania, jakie tworzy tradycyjna polityka społeczna.

My, dając ludziom np. 10 tys. euro rocznie, chcemy raczej uniezależnić ich od rynku pracy w tym właśnie sensie, o którym mowa wyżej: równiejszej dystrybucji zatrudnienia w społeczeństwie. Jeśli ludzie dostaną taką kwotę, będą skłonni ograniczyć częściowo aktywność zawodową. Ludzie pracujący będą mieć więcej czasu wolnego, a niepracujący znajdą pracę.

10 tys. euro rocznie? To w Polsce sporo więcej niż pensja minimalna. Ludzie całkiem przestaliby pracować.

Mówię o specyfice Wielkiej Brytanii. Co do Polski, to nie wiem, czy to czas, by rozważać wprowadzenie tutaj tej idei. Jeszcze chyba musicie trochę się rozwinąć, by było was na nią stać. To dotyczy wszystkich wschodzących gospodarek. Natomiast w rozwiniętych gospodarkach, moim zdaniem, można taki dochód wprowadzić.

Poza rozwiązaniem problemów z dystrybucją, rozwiązuje on także inne kwestie. Na przykład otrzymywanie pomocy od państwa obecnie uzależnione jest od poziomu dochodów. Jeśli przekraczasz pewien pułap, tracisz dochód, więc faktycznie wytwarzają się zachęty do niepracowania i lenistwa. Ponadto obecnie otrzymujący pomoc są stygmatyzowani jako niepełnowartościowy element społeczeństwa. Dochód podstawowy dla wszystkich to zmieni. Zmniejszy się też znacznie biurokracja, bo nie trzeba będzie rozdawać już innego typu zasiłków.

Co ludzie będą robili z dodatkowym czasem?

Owocnie z niego korzystać. Ludzie nie lubią bezczynności. Gdy będą mieli wybór: nie pracować wcale, albo pracować na niepełny etat i robić coś jeszcze, wybiorą to drugie. Zajmą się uprawieniem hobby, polityką, działalnością charytatywną. W brytyjskich organizacjach charytatywnych działają głównie emeryci. Mają czas i chęci. To pokazuje, że jest w ludziach potencjał, by robić coś nie dla finansowego rezultatu. Niektórzy, oczywiście, zmarnotrawiliby pieniądze, ale takie ryzyko istnieje zawsze.

Znając polityków, to – jeśli zdecydują się na wdrożenie takiego pomysłu – sfinansują go, zadłużając kraj. Efektem rozdania wszystkim dodatkowej kasy będzie wówczas proporcjonalny wzrost cen, a więc dobroczynny efekt zostanie zminimalizowany. Czyż nie?

Nie chodzi o zadłużanie się! Dochód podstawowy należy finansować poprzez podatki. To jest temat do dyskusji, jakie. Czy od dochodu najbogatszych, czy od majątku, czy od transakcji finansowych. Pomysły są różne. Nie jest więc tak, że jeśli wprowadzimy dochód minimalny, wszystko inne pozostaje takie samo i ceny rosną. Nie. Dochód podstawowy to polityka transferów socjalnych.

Robert Nozick, słynny filozof społeczny, przekonywał, że takiego rodzaju projekty redystrybucyjne zawsze związane są z łamaniem podstawowych praw tych, którzy się na nie nie zgadzają. Co więc, jeśli ktoś nie chce żyć w systemie, który postulujecie? Zmusicie go?

Nie. Przecież jest demokracja. Nie ma jednak takiego modelu państwa, co do którego wszyscy by się zgadzali, więc w tym sensie zawsze czyjeś prawa są łamane, bo narzuca się ludziom niechciane przez część z nich ograniczenia.

Nozick to propagator państwa minimalnego. Uważam, że jego wizja jest fantazją, która nie ma nadziei na ziszczenie. Państwo to fakt. I to, że państwo rośnie, to też fakt. Wydatki państwowe rosły nawet za Thatcher w Wielkiej Brytanii czy za Reagana w USA. To jest proces postępujący. Nikt nie cofnie granicy państwa. Nie ma takiej opcji. Kluczowe jest, jak sprawić, żeby to państwo działało. Nasza propozycja to oczywiście tylko pomysł, który należy dobrze publicznie rozważyć przed realizacją.

Piękny w teorii, a gdzie dowody praktyczne?

W Norwegii robi się już programy pilotażowe. Kilkanaście tysięcy ludzi otrzymuje od państwa 2-3 tys. euro miesięcznie. Zobaczymy. Jeśli przestaną pracować i zalegną na kanapach, to będzie dowód, że nasz pomysł nie działa.

Nie jest pan ekonomistą, prawda?

Nie.

Pański ojciec jest również historykiem ekonomii, a nie ekonomistą.

To prawda. Ale mamy pojęcie o mechanizmach gospodarczych.

Mam wrażenie, że przyjmuje pan bardzo wygodną pozycję. Czy „rozrzucanie” wokół siebie pięknych, ale ryzykownych idei bez dowodów na ich działanie, nie jest nieodpowiedzialnością?

Wolę, żeby decyzje polityczne podejmowali filozofowie niż finansiści. Ci ostatni podejmują je od dekady i efekty tego wszyscy znamy. Natomiast nie jesteśmy z ojcem komunistycznymi dyktatorami, którzy uważają, że mają monopol na prawdę i że nasz pomysł na pewno zadziała. Sądzimy, że może działać, a jego wprowadzenie musi odbyć się w ramach tradycyjnego procesu demokratycznego.

Załóżmy, że dochód minimalny dla wszystkich to świetny pomysł. Że faktycznie działa. Jak pan zauważył jednak, jest to rozwiązanie tylko dla bogatych. Dla państw, które posiadają już wystarczająco dużo. Mam z tym dwa problemy. Po pierwsze świat nie jest statyczny. Brak rozwoju i koncentracja na „dobrym”, a nie coraz zasobniejszym życiu to de facto cofanie się w rozwoju i przyjemna, komfortowa śmierć cywilizacji.

Zakłada pan, że jedyny rozwój to ten, który można mierzyć pieniędzmi? Antyczna Grecja przeczy temu. Tamtejsza elita intelektualna, artyści greccy – oni nie tworzyli dla pieniędzy.

Bo ktoś inny zarabiał na ich utrzymanie. Przecież to był ustrój arystokratyczny.

Ale do działania motywowało ich co innego, np. sława. Ja nie potrzebuję pieniędzy, ale potrzebuję tego, co każdy intelektualista – żeby ludzie czytali moje książki. To mnie motywuje. Muzyk może być motywowany liczbą ludzi na swoim koncercie, a niekoniecznie tym, ile zapłacili za bilety.

Drugi problem. W jednym z filmów w reżyserii George’a Romero, legendy gatunku kina zombie, zaprezentowano ciekawą wizję: bogaci nie-zombie żyją w nowoczesnym odizolowanym mieście, biedni zombie żyją w slumsach i w pewnym momencie buntują się, uzyskując świadomość i napadają na miasto bogatych. Jeśli na Zachodzie ludzie zaczną otrzymywać pieniądze za sam fakt, że istnieją, cały Trzeci Świat skieruje się w stronę Europy. Obecna masowa imigracja będzie wydawać się przy tym dziecinną zabawą. Nie bierze pan tego pod uwagę?

To jest problem do rozwiązania. Należałoby pewnie ograniczyć dochód podstawowy wyłącznie do obywateli danych państw bądź do osób z odpowiednio długim stażem zamieszkania na ich terenie. Do tego uruchomić politykę zatrzymywania potencjalnych emigrantów na miejscu – nie przymusowego, ale przez tworzenie dla nich szans rozwojowych. Przyznam jednak, że nie wszystkie problemy związane z ideą, którą postulujemy, mają obecnie rozwiązanie. Potrzeba to, wykorzystując wiedzę ekspertów z różnych dziedzin, przemyśleć.

Idea minimalnego dochodu i koniec fetyszu PKB mają praktyczne szanse u polityków?

Uważam, że tak. Świat się zmienia. Automatyzacja powoduje, że pracy będzie coraz mniej. Podejście do gospodarki i społeczeństwa zorientowane na inne wartości niż pieniądz to odpowiedź na te zmiany. Co prawda, wśród mainstreamowych ekonomistów nie mamy jeszcze wielkiego posłuchu, ale sądzę, że z czasem to się zmieni.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Dr Edward Skidelsky – brytyjski filozof kultury i społeczeństwa, syn Roberta Skidelsky’ego, biografa Johna Maynarda Keyenesa i jednego z najbardziej znanych historyków ekonomii; wspólnie wydali książkę „Dosyć – to znaczy ile? Pieniądz i dobre życie”.

Rozmowę przeprowadziliśmy dzięki uprzejmości Wydziału Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej, na zaproszenie którego dr Skidelsky odwiedził Polskę.


Tagi


  • nexton pisze:

    Boże, broń nas przed rządami filozofów i innych ideologów, którzy rzeczywistość proponują zamienić na zabawę w życie.

  • Krzysztof pisze:

    „Czy praca jest uszlachetnieniem, czy też przekleństwem bytu ludzkiego? „Oto jest pytanie!”. W pierwszym wypadku należy ją rozszerzać i oddać jej władztwo krajów i ludów – w drugim zaś ograniczać ją do konieczności i tylko tolerować, nie opierając na niej bynajmniej prawa majątkowego.”
    Feliks Koneczny „Zawisłość ekonomii od etyki”

  • Cyborg pisze:

    Dajcie lewakom porządzić i wkrótce Wlk. Brytania będzie na poziomie Rumunii :)

  • Adam pisze:

    Myślenie sercem, a nie mózgiem to pierwszy krok do katastrofy, gospodarka o ograniczonych zasobach to nie zabawka. Panie Skidelsky! Matematyka i ekonometria nie gryzą!

  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że wypowiedzi Skidelskiego odbieram jako utopijne bredzenie kompletnie odklejone od rzeczywistości. Tam nie ma nawet śladu jakiegokolwiek realizmu: wytyczania celów i ścieżki ich osiągnięcia.

  • Max pisze:

    Na 100% to kiedys bedzie wprowadzone, raczej pewnie za 10-15, niz 5 lat. Kraje takie jak UK spokojnie stac na takie rozwiazanie, 10ooo Euro rocznie to rozsadna kwota, to tak jakby w Polsce dawali wam 700PLN miesiecznie. Nie poszalejesz – trzeba dalej pracowac, ale mozna krocej. Jesli to ma zastapic wszystkie tzw. benefity to jest to krok w dobrym kierunku. Coraz czesciej i coraz wiecej roznych organizacji mowi o tym. Polacy w UK, trzeba myslec o brytyjskim paszporcie.

  • ▌▌Socjalizm+ niszczy Polskę ▌▌ pisze:

    ▌▌Jeśli oderwać się od złej rzeczywistości oraz twardych praw nią rządzących, to w ten właśnie sposób można tracić cały czas na konstruowaniu miłych urojeń.

    Chyba wszystkie najważniejsze argumenty padły już tutaj — także w kontekście całkowicie oderwanych od rzeczywistości oczekiwań ws. pracy na niepełny etat, który przecież przerobiła już Francja w postaci ustawowo skróconego tygodnia pracy (powoli zabijającego ją obniżoną produktywnością i podwyższonymi kosztami transakcyjnymi) — nie warto się powtarzać:
    http://dwagrosze.com/dochod-bazowy/
    http://dwagrosze.com/porazka-lewactwa-w-referendum-ubi/

  • Max pisze:

    A co maja podwyzszone koszty transakcyjne i obnizona produktywnosc we Francji, do zastapienia tzw. benefitow przez niski dochod podstawowy w UK? :)
    szkoda, ze nie poruszyles tutaj kwesti gospodarki w Kongo, i ich kosztow transakcyjnych :)

  • ▌▌Socjalizm+ niszczy Polskę ▌▌ pisze:

    ▌▌Max: „A co maja podwyzszone koszty transakcyjne i obnizona produktywnosc we Francji, do zastapienia tzw. benefitow przez niski dochod podstawowy w UK? :)

    .

    „Obecnie np. nawet, jeśli chcesz pracować na niepełny etat i mieć więcej czasu dla siebie, pracodawca nie będzie zbyt chętny, by ci na to pozwolić. To musi się zmienić. Mamy za dużo ludzi pracujących na cały etat i jednocześnie za dużo niepracujących wcale. Praca musi być równiej dystrybuowana.”

    „chcemy raczej uniezależnić ich od rynku pracy w tym właśnie sensie, o którym mowa wyżej: równiejszej dystrybucji zatrudnienia w społeczeństwie. Jeśli ludzie dostaną taką kwotę, będą skłonni ograniczyć częściowo aktywność zawodową.”

    „pracować na niepełny etat i robić coś jeszcze, wybiorą to”

    .

    .

    .

    ▌▌Max: „szkoda, ze nie poruszyles tutaj kwesti gospodarki w Kongo, i ich kosztow transakcyjnych :)

    .

    „Mówię o specyfice Wielkiej Brytanii. Co do Polski, to nie wiem, czy to czas, by rozważać wprowadzenie tutaj tej idei. Jeszcze chyba musicie trochę się rozwinąć, by było was na nią stać. To dotyczy wszystkich wschodzących gospodarek. Natomiast w rozwiniętych gospodarkach, moim zdaniem, można taki dochód wprowadzić.”

    „jest to rozwiązanie tylko dla bogatych. Dla państw, które posiadają już wystarczająco dużo”

    .

    .

    .

    Obniżona produktywność i podwyższone koszty transakcyjne wywołane dzieleniem stanowisk pracy to nie fantazjowane, lecz już dziś ustawowo realizowane i obserwowane ‘in situ’ we Francji (i będące jednym z siatki logicznie powiązanych elementów, które powoli zmieniają to niegdysiejsze imperium w przyszłą republikę bananową [wieniec z kiści bananów] — 75% podatek dochodowy i propozycje wysokich kar dla przenoszących miejsca pracy do mniej socjalnych gospodarek są miernikiem tej rozpaczy) i zarazem pozbawiają całą tę życzeniowo–populistyczną paplaninę jakiegokolwiek sensu poznawczego.

    Po prostu teksty trzeba czytać ze zrozumieniem, a nie dokonywać własnych apriorycznych projekcji na czytany tekst — a przynajmniej nie atakować za przeczytanie ze zrozumieniem tekstu innych.

    .

    .

    .

    ▌▌BTW: „Wywiadowany” jest tak wielopiętrowo oderwany od rzeczywistości, tak poronione ma głoszone projekty gospodarczo–społeczne, że trudno by było nawet wybrać miejsce startowe dla polemiki (już samo zmuszenie do ponownej lektury wywiadu było wystarczającą czystą stratą czasu i raczej tego wyczynu nie powtórzę — po celne argumenty odsyłam do dyskusji na blogu).

    Problem pojawia się już zaczynając lekturę od samego początku:

    „— Pieniądz to jednak źródło konkretnego rodzaju zła: chciwości.

    — Spotkał pan w życiu wielu chciwych ludzi?

    — Niejednego. Na przykład wśród finansistów, których jedynym celem jest robić kasę.” (itd.)

    W gospodarce wolnorynkowej pieniądz to nic innego, jak uniwersalna miara wartości społecznie pożądanego dobra (tzn. takiego, za które ktoś chciał dobrowolnie zapłacić umówioną kwotę). Stąd osoba dużo i z poświęceniem pracująca dostaje zupełnie dobrowolnie od innych znacznie więcej pieniędzy, niż marzyciel, którego czas upływa głównie nad rozmyślaniem o cudzych pieniądzach (i opowieściach, że pieniądze go nie interesują).

    Kolejny duży problem to gwarantowana stagnacja, a w jej efekcie spadek państwa z pozycji światowego lidera zgarniającego gigantyczną premię monopolisty (np. jedynego producenta ratującego życie rozwiązania medycznego i mającego tym samym najwyższy możliwy dochód rozporządzalny) — do pozycji straganu ze znachorskimi nalewkami — biorącego udział w konkurencji doskonałej, czyli w takiej, w której marże zmierzają do zera (pracuje się jedynie za papu).

    Jak widać — w obydwu przypadkach dyskusja to zupełnie zbędna strata cennego czasu (skoro trzeba się wracać do tłumaczenia takich oczywistości leżących wprost na widoku) — zbyt nędzne wyzwanie intelektualne.

  • Max pisze:

    Dzieki za powtorzenie niektorych cytatow z tekstu powyzej. Nie wiem po co to zrobiles, ale w sumie nie jest to istotne :)

    Istotne jest natomiast to ze, Twoje wnioskowanie na temat potencjalnych tragicznych skutkow dla UK zwiazanym z wprowadzeniem tam niskiego dochodu gwarantowanego (£700 miesiecznie to b malo w UK – tyle dziennie zarabia np. b dobry informatyk w bankowosci, ale bardzo duzo z Polskiej perspektywy), wyciagnales z… Francji, w ktorej program taki
    nigdy nie byl realizowany (przynajmniej na duza skale), problemy natomiast znalazles w tym programie dwa – potencjalny spadek produktywnosci i wzrost kosztow transakcyjnych – to ma Twoim zdaniem skutkowac jakims ogromnym dramatem, degradacja krajow rozwinietych do roli republiki bananowej – jesli rozumiem to co napisales :)

    Jesli mamy sie traktowac powaznie, a nie odsylac do jakis smiesznych blogow samozwanczych internetowych „specjalistow”, ktorzy probuja jakos zarabiac na podawaniu gawiedzi tego co chce przeczytac. Jako ktos pracujacy w City, z reguly nie tracacy czasu na glupoty mam Ci do powiedzenia to:

    1. Pokaz mi jakies badania, ktore pokazuja, ze krotszy dzien pracy niesie ze soba spadek produktywnosci – ja w przeciagu pierwszych 4 godzin pracy wykonuje ok. 80% obowiazkow, na nastepne 3 godziny przypada 20%. Jest jasne, ze mojemu pracodawcy bardziej oplacaloby sie zatrudnic dwie takie osoby jak ja na 4 godziny dzinnie, bo w 8 godzin mialby 160% tego co ja robie, do tego zamiast 7 godzin mialby 8 godzin pracy dziennie. Bylby to wiec spadek, czy moze wzrost produktywnosci? Moze pokaz przyklady spadku…

    2. Wzrost kosztow transakcyjnych. Serio? :)
    Ojej jaki to ogromny problem, zwlaszcza obecnie w dobie software automation, elektronicznych transferow, i firm ktore na zmniejszaniu tych kosztow zarabiaja.

  • ▌▌Socjalizm+ niszczy Polskę ▌▌ pisze:

    ▌▌Max: „Dzieki za powtorzenie niektorych cytatow z tekstu powyzej. Nie wiem po co to zrobiles”

    Pewnie po to, by zwrócić uwagę na przeczucie dotyczące stopnia rozumienia tekstu pisanego, które właśnie potwierdzasz: autor o UK i najbogatszych krajach świata, ja o praktycznie jedynym dostępnym w realu przykładzie (a w dodatku najbliższym) przećwiczeniu w praktyce modelu dzielenia etatów, Ty o Kongo i w dalszym ciągu nie dostrzegasz tu żadnego dysonansu? No ciekawa dysputa! :)

    (A tak szczerze, to podejrzewam, że żarty sobie robisz…)

    .

    Francja jest najlepszym przykładem nieteoretycznym (która właśnie ćwiczy w praktyce to, co właśnie postuluje „wywiadowany” socjalista, przez co jako jedyna dostarcza rzeczywistych wyników ekonomiczno–społecznych, a nie płynących jedynie choćby i z najlepszego, ale jednak wyłącznie eksperymentu myślowego, o który zawsze można się spierać [jak np. o hipotetyczne korzyści z dochodu gwarantowanego, który nb. też przecież od tysięcy lat występuje w środkowej Afryce: banan na drzewie, ryb w wodzie tyle, że wystarczy rękę zanurzyć, zimowe ogrzewanie oraz większość podatków z góry opłacona (ile to dziś kosztuje w UK?) — gwarantowany dochód podstawowy w czystej postaci! Już można zająć się mierzeniem „socjalistycznego sukcesu cywilizacyjnego” Czarnej Afryki!]).

    Wracając jednak do najwidoczniej tak męczących kosztów transakcyjnych płynących z podziału stanowisk pracy — proszę sobie wyobrazić, że rzeczywistość nie jest matematycznie ciągła i dwie prace na pół etatu nie mają wartości pełnego etatu jednej osoby. (Korzyści skali — czy ten podstawowy termin coś mówi? Współczesny pełny etat jest właśnie optimum z punktu widzenia jednoosobowych korzyści skali — ani mniej, ani więcej — każde wymuszone administracyjnie inne rozwiązanie będzie odejściem od optimum).

    Wyobraźmy sobie koszty szkoleń, koszty wdrożenia do pracy na danym stanowisku (a im wyżej rozwinięta gospodarka, tym lepszych specjalistów potrzebuje, którzy czasem dłużej niż rok są przygotowywani, zanim będą gotowi do objęcia danego stanowiska!), koszty rozmaitych niepodzielnych benefitów dostępnych dla każdego pracownika, koszty zastępstw… Tymczasem po podzieleniu etatu na pół koszty finansowe i transakcyjne nie ulegną cudownemu podziałowi na pół (koszty kwotowe, korzyści dzielone).

    Dodajmy do tego koszty płynące z samego funkcjonowania rzeczywistości społecznej — polecenie wydane jednemu pracownikowi nie staje się automatycznie poleceniem wydanym drugiemu, właśnie nieobecnemu pracownikowi (i np. przez to zawalamy jako firma gwarantowany termin, musimy wypłacić odszkodowanie, tracimy klientów i jeszcze psujemy sobie reputację), dzielone etaty gwarantują wieczną rotację zespołów, wieczne niezgranie i niedogadanie oraz całą gamę tego typu efektów, które tu trzeba po prostu wrzucić do jednego worka pt. podwyższone koszty transakcyjne (bo chyba nie jest aż tak źle, byśmy jeszcze i tu nie mówili o tym samym?), a których ostatecznym efektem jest oczywisty rezultat: naturalną wartością pracy wykonywanej na pół etatu nie jest połowa wynagrodzenia, ale np. tylko jego 1/3. I nagle — w konfrontacji z dochodem gwarantowanym, za który można być królem życia w jakimś Ekwadorze bądź Wenezueli okazuje się, że: — „Za te pieniądze w ogóle nie opłaca się pracować!”

    A to tym pewniej, że dochód gwarantowany wymusi wzrost redystrybucji, a więc nie tylko droga, mniej wydajna praca (= niższa płaca), nie tylko nieunikniony wzrost podatków (= radykalnie rosnące koszty alternatywne związane z podjęciem zatrudnienia = mniejsze zaangażowanie w pracę) i zaraz otrzymujemy gwałtowny spadek liczby miejsc pracy, inwestycji, PKB, deprecjację waluty, utratę pozycji lidera, renty lidera, co natychmiast wymusza na socjalizmie rozpoczęcie bohaterskiej walki z problemami, które sam stworzył i już rozpoczynamy pierwszy etap korkociągu śmierci ku Wenezueli, PRL i Zimbabwe…

    Kwestią techniczną będzie już tylko siła wejścia w pierwsze zakręty owego korkociągu — i Francja już je odczuwa i przerabia w praktyce — niegdysiejsze imperium trzęsące światem od Kanady, francuskich Indochin, środkowej Afryki po Gujanę Francuską dziś powoli (samą masą upadłościową można się żywić bardzo długo) samo staje się państwem arabskim o stopniowo coraz mniejszym znaczeniu ekonomicznym — dziś już tylko jako junior partner Niemiec.

    Co do bloga — jak na razie nie odczułem jakiejkolwiek motywacji, by trzeba było wykładać tak podstawową wiedzę i zależności w jakiś bardziej zaawansowany sposób (przy czym nie miałem na myśli samych wpisów na blogu, a właśnie towarzyszące im komentarze [dwa razy ponad dwieście!] — zbiorową mądrością gromadzące praktycznie wszystkie leżące na stole argumenty). Tłumaczeniem dla ludożerki niech się zajmuje ktoś inny — będzie w tym znacznie skuteczniejszy ze względu na wspólne posługiwanie się tym samym językiem.

    .

    ▌▌A przecież poruszyłem zaledwie mniejszą część omawianego problemu — i dlatego: Sapienti sat!

  • Max pisze:

    Kolego, obawiam sie, ze masz jakies urojenia. Rozmowa na forum z grafomanem, nie jest dobrym pomyslem, wiec tylko krotko odpowiem, bo kilka spraw warto wyjasnic:
    1. Ten artykul jest o propozycji niskiego DOCHODU GWARANTOWANEGO dla UK, ty sprawe przenosisz do Francji – NIE ROZMAWIAMY O FRANCJI ANI O KONGO – tylko o UK. Dodajmy jeszcze do tego, ze Francja nigdy nie wprowadzila u siebie dochodu gwarantowanego – i mamy pelna skale absurdu i porownywanie jablek z gruszkami.
    2. Dochod gwarantowany nie oznacza, tak jak tobie sie wydaje, jakiegos przymusowego ustawowego zmuszania pracodawcow, lub pracobiorcow do zmniejszania godzin pracy – wiec o czym ty w ogole pierniczysz?
    3. Widze, ze o sposobach komunikowania sie wewnatrz wiekszych firm masz male pojecie, sluza do tego specjalne narzedzia typu Yammer,
    4. Dochod gwarantowany, bedzie mial zupelnie odwrotny niz ci sie wydaje wplyw na produktywnosc
    5. Szukaj dalej zbiorowych madrosci na blogach i forach internetowych na ktore dajesz namiary, dodaj jeszcze kilka innych blogow samozwanczych ekspertow typu Trader24, I tylko kwestia czasu bedzie gdy zaczniesz zima w sandalach chodzic.

Dodaj komentarz


× 6 = dwadzieścia cztery

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane