The Economist: Zmierzch bankowych bogów

19.05.2013
Bankowość inwestycyjną czeka chudsza, skromniejsza przyszłość — uważa Jonathan Rosenthal — ale parę wybranych banków wyjdzie z kryzysu jeszcze większe i silniejsze. Będą to te globalne banki, które zdolne są do uzyskania korzyści skali oraz do połączenia bankowości inwestycyjnej i obrotu papierami wartościowymi z bankowością korporacyjną.

Kryzys wyciśnie i osłabi banki (CC BY-SA-NC Canadian Veggie)


Pięćdziesiąt lat temu „The Economist” stwierdzał, że brytyjskie banki to „najbardziej szacowna ze schyłkowych branż na świecie” i pytał: „Czy bankowość ma jakąś przyszłość?”. Z perspektywy czasu widać, jak nietrafna była ta analiza. Od 1963 do kryzysu w 2008 r. bankowość we wszystkich krajach zamożnych nie tylko nie zanikła, ale niesamowicie się rozwinęła. Zapewniła godne uwagi (niezależnie od stosowanej miary) zyski akcjonariuszom, wypłaciła też ogromne kwoty pracownikom.

Zwrot z kapitału (ROE), typowa miara zyskowności, w branży finansowej jako całości kształtował się zwykle na poziomie 20-25 proc., a w odnoszących największe sukcesy instytucjach często był nawet wyższy. W górę szły płace i to nie tylko szefów, ale większości pracowników w branży. Dylan Grice, z zrządzającej funduszami firmy Edelweiss, zauważa, że na ubiegłorocznej liście 50 najbogatszych Amerykanów magazynu „Forbes” 12 osób to byli finansiści, zarządzający aktywami bądź inwestorzy. W 1982 r. w finansach pracowała tylko jedna osoba z takiej listy.

Odkąd jest kryzys, zyski maleją. Boston Consulting Group (BCG) wylicza, że wskaźnik ROE największych banków inwestycyjnych świata zmalał o połowę, do około 10 proc. w Europie i do 13 proc. w USA. Perspektywy są jeszcze gorsze; po wprowadzeniu nowych regulacji stopa zwrotu zmniejszy się do 6-9 proc.

Jednocześnie następuje polaryzacja poglądów na rozwój i zyskowność sektora finansowego. — Od początku były tu dwa obozy — mówi Brady Dougan, prezes dużego banku szwajcarskiego, Credit Suisse. — Pierwszy, pierwotnie mający chyba większość, był całkowicie przekonany, że wszystko to jakoś przycichnie, a drugi, uważał, że doszło do trwałej zmiany zarówno samej branży, jak i jej otoczenia regulacyjnego. My zawsze sądziliśmy, że zmiany będą dalekosiężne i trwałe. I w miarę rozwoju wydarzeń coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że nic już nie będzie funkcjonować po staremu.

Podłożem wyjątkowego rozwoju finansów przed kryzysem było w krajach zamożnych gwałtownie zwiększające się zadłużenie sektora prywatnego (które branża finansowa jednocześnie napędzała); w latach 60. XX w. wartość aktywów bankowych wynosiła tam przeciętnie około 50 proc. PKB, a w końcu pierwszej dekady XXI w. — 200 proc. (patrz wykres). W krajach, które — jak Wielka Brytania — mają duży sektor bankowości międzynarodowej, aktywa bankowe były prawie pięć razy większe od PKB. W Islandii przekraczały wartość PKB 8 razy, a w Szwajcarii — 10.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie bankowość detaliczna ma o wiele większy zasięg niż banki z Wall Street, ta relacja w ciągu 15 lat poprzedzających kryzys wzrosła ponad dwukrotnie, do 126 proc.

Infografika: Darek Gąszczyk

Tuż przed samym kryzysem ten wzrost jeszcze przyspieszył. Jak zauważa Andy Haldane, który w Banku Anglii odpowiada za stabilność finansową, w stuleciu zakończonym w 1970 r. aktywa banków w 14 dużych gospodarkach rosły w solidnym tempie, przeciętnie o 0,6 punktu procentowego szybciej niż PKB. Jednak po 1970 r. relacja aktywów do PKB zwiększała się o ok. 3 punkty rocznie i w ciągu kilku dekad uległa podwojeniu.

Powody tego niezwykłego przyrostu były w większości korzystne. W miarę jak duże firmy zaczynały robić interesy z coraz większą liczbą krajów, potrzebowały dużych banków, przekraczających wraz z nimi granice, które finansowałyby fabryki, opłacały pracowników i zabezpieczały je przed ryzykiem wahań kursów walutowych i zmian stóp procentowych. W ciągu 12 lat poprzedzających kryzys finansowy relacja handlu światowego do globalnego PKB zwiększyła się z 22 do 33 proc.

Pewną rolę odegrała również deregulacja banków i rynków, a także innowacje finansowe. W efekcie pojawienia się nowych sposobów finansowania mieszkań za pomocą papierów wartościowych, opartych na kredytach mieszkaniowych, spadł koszt pożyczek, zaciąganych przez miliony gospodarstw domowych w krajach zamożnych. Duże grupy ludności, które wcześniej nie były w stanie wziąć kredytu, nagle mogły po raz pierwszy kupić sobie mieszkanie.

Ale występowały też zjawiska niekorzystne. Z milionów finansowanych tak mieszkań niepokojąco duży odsetek kupili ludzie nie mający nadziei, bądź ochoty, na spłatę zaciągniętej pożyczki. W masie użytecznych innowacji finansowych były również takie, które zaprojektowano głównie po to, żeby umożliwić bankom omijanie przepisów i podejmowanie większego ryzyka przy użyciu pieniędzy akcjonariuszy (i podatników).

Większością winy za te ekscesy powinno się obciążyć bankierów, ale banki centralne i organy nadzoru są również częściowo odpowiedzialne za fale kredytu, jakie we wczesnych latach XXI w. napływały do gospodarki, powodując puchnięcie bilansów banków i zarobków bankierów. Łagodna polityka pieniężna w krajach zamożnych zachęcała do podejmowania ryzyka i zwiększania tzw. lewaru (stopnia zapożyczenia).

Ale najbardziej chyba szkodliwy okazał się nieoczekiwanie wpływ eleganckiego zestawu zasad kapitałowych, znanego jako Bazylea II. Te zasady, powszechnie uważane za szczytowe osiągnięcie skutecznych regulacji w dziedzinie bankowości, miały na celu precyzyjne wyskalowanie kwoty kapitału, jaką przy różnych typach pożyczek banki powinny posiadać w celu zabezpieczenia się przed prawdopodobnym brakiem spłat. Jednak w sposób niezamierzony zachęcały one banki do kwalifikowania ogromnych ilości aktywów, jako „nieobarczonych ryzykiem”, choć — jak się okazało — bynajmniej takie nie były.

Większość finansowania, zapewnianego przez rozrastające się banki, pobudzała wzrost gospodarczy, podobnie jak hołubione przez nie innowacje, ale całkiem spora jego część służyła jedynie nadymaniu rozmiarów sektora finansowego. Banki tworzyły coraz więcej papierów wartościowych po to tylko, by nimi między sobą handlować. Jak wylicza firma doradcza McKinsey, w latach tuż przed kryzysem około jednej trzeciej przyrostu relacji światowego długu do PKB było efektem zwiększania sum bilansowych przez banki; wartość emisji obligacji bankowych była w tym okresie mniej więcej pięć razy większa niż obligacji przedsiębiorstw. Ta tendencja nabrała przyspieszenia po 1995 r., przy czym tylko jedna czwarta przyrostu wskaźnika długu do PKB przypada na gospodarstwa domowe i firmy; jest to — jak stwierdza McKinsey — „udział zadziwiająco mały, zważywszy, że wspieranie tych klientów stanowi podstawowy cel finansów”.

W opublikowanym w czerwcu 2012 r. opracowaniu MFW, Jean-Loius Arcand, Enrico Berkes i Ugo Panizza przytaczają mocne dowody na poparcie typowego poglądu, że zwiększanie bilansów banków (i w ogóle pożyczek dla sektora prywatnego) pomaga w przyspieszeniu wzrostu gospodarczego. Co jednak dziwniejsze, zauważają oni również, że gdy wartość zaciągniętych przez sektor prywatny pożyczek zbliża się do 100 proc. PKB, jego wzrost zaczyna zwalniać. Do uderzająco podobnych wniosków dochodzą Stephen Ceccetti i Enisse Kharroubi, autorzy opracowania przygotowanego w Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS). „Przy niskim poziomie kredytu rozrost systemu finansowego idzie krok w krok z szybszym przyrostem wydajności” piszą autorzy. „Po osiągnięciu jednak pewnego punktu — który wiele krajów rozwiniętych już dawno przekroczyło — powiększaniu działalności banków i akcji kredytowej towarzyszy zmniejszenie tempa wzrostu”.

Zbyt duże, żeby odnieść sukces

Większość bankierów z oburzeniem reaguje na pytanie, czy branża finansowa nie jest już wystarczająco duża w stosunku do reszty gospodarki (jej wielkość można mierzyć za pomocą wartości sumy bilansowej albo wartości zawieranych transakcji i pobieranych opłat). Dla przyszłości tej branży pytanie to ma jednak kluczowe znaczenie.

W zeszłym roku banki inwestycyjne jako całość miały około 233 mld dol. przychodów (patrz wykres), czyli prawie o jedną trzecią mniej, niż 341 mld osiągniętych w rekordowym dla nich 2009 r. Te przychody cechuje jednak duża zmienność, nie powinno się więc brak pod uwagę danych tylko z jednego roku. W 2008 r. przychody branży były o połowę mniejsze niż w roku poprzednim, ale w 2009 r. wzrosły ponad dwa razy, ustanawiając nowy rekord. W latach 2010-2011 nie zmieniały się, zaś początek bieżącego roku był dla nich słaby, choć zwykle jest to sezon, w którym banki wypracowują jedną trzecią przychodów rocznych.

Bankierzy przekonani, że branża finansowa nadal będzie rosła, co najmniej tak samo szybko — albo i szybciej — jak cała gospodarka, dowodzą, że zwiększenie zamożności zarówno krajów bogatych, jak i rozwijających się, sprzyjać będzie wytworzeniu większych aktywów finansowych, nadających się do kupna i sprzedaży. Wskazują również, że zwiększenie zasięgu usług bankowych i kredytu w krajach rozwijających się — co nastąpi wraz z rozwojem systemów prawnych i finansowych w tych krajach — umożliwi tamtejszym mieszkańcom zaciąganie pożyczek, zależnych od wartości ich mieszkań czy gruntów, a firmom — sprzedaż obligacji i akcji w celu ekspansji.

Jednym z tych optymistów jest Jaimie Dimon, prezes JPMorgan Chase, największego banku Stanów Zjednoczonych. — Wartość globalnych aktywów idzie w górę, a nie w dół. Globalny handel zwiększa się, a nie maleje… Zasadnicza tendencja jest więc [dla banków inwestycyjnych] zwyżkowa. Z czasem będą one rosły — mówił niedawno analitykom podczas konferencji telefonicznej. W tych przewidywaniach silnego wzrostu branży bankowej Jaimie Dimon nie jest bynajmniej odosobniony.

Ten tok myślenia, popularny wśród wyższych rangą bankierów inwestycyjnych, zgrabnie podsumował analityk z Nomury w Nowym Jorku, Glenn Schorr. Zauważa on, że ogólnie biorąc przychody z usług finansowych wykazują ścisłą korelację ze światowym PKB, zatem w przyszłości powinny rosnąć w co najmniej takim samym tempie. Michael Poulos, z firmy doradczej Oliver Wyman, uważa natomiast, że usługi finansowe to dobra luksusowe, i że popyt na nie zaczyna rosnąć szybciej w momencie, gdy kraj staje się zamożniejszy.

Najgorsze dopiero nadejdzie

Przeciwko tym korzystnym czynnikom działa jednak cały zestaw sił, które mogą powstrzymać zarówno rozwój tej branży, jak i jej zyskowność. Pierwszą z nich jest rozczarowujące tempo wzrostu gospodarczego w większości krajów zamożnych. Ma to charakter cykliczny i z czasem się zmieni, ale obecne spowolnienie jest dłuższe, niż oczekiwała większość bankierów. Nie bez znaczenia są też rekordowo niskie stopy procentowe w licznych krajach bogatych, co ściąga w dół stopę zwrotu z większości aktywów i tłumi wahania cen, które w wielu dziedzinach branży stanowią źródło zysków. — W najbliższym okresie przychody z bankowości inwestycyjnej będą zapewne statyczne, toteż skupiamy się na utrzymaniu wskaźników i ustaleniu, gdzie są szanse na zwiększenie udziału w rynku — mówi Michael Sherwood, wiceprezes Goldman Sachs.

Na branżę ciągle oddziałują także siły o charakterze bardziej strukturalnym. Najszybciej zaznaczy się wpływ całego zestawu regulacji, które zasadniczo zmienią biznes bankowości inwestycyjnej. Wyższe wymogi kapitałowe — które już zostały uzgodnione, ale jeszcze nie obowiązują w pełni — zmuszą banki do odchudzenia bilansów i spowodują zmniejszenie zyskowności wielu prowadzonych przez nie interesów. Przepisy, będące wciąż jeszcze głównie w fazie projektowania, mają spowodować, że banki inwestycyjne łatwiej będą się rozpadać, że będą mieć mniejsze możliwości korzystania z tanich depozytów detalicznych do finansowania obrotu na własny rachunek i podejmowania ryzyka, a w konsekwencji — że będą mniej dochodowe (jeśli nawet staną się bezpieczniejsze).

Kolejne zagrożenie dla banków stanowi marsz postępu. Podobnie jak w przypadku samochodów, podróży samolotem i komputerów, które z czasem, w efekcie konkurencji, stawały się tańsze i lepsze, również od bankowości oczekuje się, że będzie oferowała więcej za mniejszą opłatę. Dzięki nowym technologiom, takim jak algorytmiczne systemy obrotu, wiele czynności wykonywanych uprzednio przez bankowców przejęły obecnie komputery, które nie grożą przeniesieniem się do konkurencyjnej firmy, ani nie żądają dużych premii. Ponadto wiele tych systemów kupili klienci banków, co umożliwia im dokonywanie obrotów bezpośrednio między sobą albo negocjowanie z bankiem korzystniejszego kursu walutowego czy oprocentowania.

Ken Moelis, weteran bankowości inwestycyjnej, prowadzący obecnie własną firmę, wspomina, że gdy w 1981 r. startował w branży w Drexel Burnham Lambert (był to pionier rynku obligacji o wysokiej rentowności), „nie było na świecie drugiej firmy, która potrafiłaby wyceniać śmieciowe obligacje”, toteż emisja i handel nimi były niesłychanie zyskowne. Dziś, jak mówi, możliwy jest elektroniczny obrót tymi papierami, a ich wyceny podaje się z dokładnością do trzech miejsc po przecinku. Prowizje i spready, stanowiące źródła przychodów banków z obrotu papierami wartościowymi przy prostszej działalności, jak obrót akcjami czy wymiana walut, zostały już bardzo przyduszone. Obecnie ta tendencja zaczyna się przenosić na bardziej skomplikowaną działalność, jak obrót obligacjami oraz derywatami.

Te nowe warunki wykreują zarówno wygranych, jak i przegranych. Głównymi ich beneficjentami będzie zapewne parę wielkich, globalnych banków, zdolnych do uzyskania korzyści skali oraz do połączenia bankowości inwestycyjnej i obrotu papierami wartościowymi z bankowością korporacyjną. W ujęciu geograficznym zyskają banki z krajów o dużym rynku wewnętrznym i przyjaznym nadzorze.

Wśród instytucji, którym będzie się dobrze wiodło, znajdzie się niemal na pewno JPMorgan, któremu udało się zdominować większość dużych rynków kapitałowych. Kolejna to Goldman Sachs, bank inwestycyjny, który niemal wszyscy rywale chcieliby naśladować ze względu na dominację w obrocie akcjami oraz reputację spryciarza, co umożliwia mu przyciągnięcie wielu najinteligentniejszych pracowników bankowości. Dwoma mniej oczywistymi kandydatami są Citigroup oraz HSBC, dwa duże banki komercyjne, którym w przeszłości z trudnością przychodziło konkurować w sferze bankowości inwestycyjnej. Korzystne dla nich okaże się posiadanie dużej sieci w skali globalnej oraz bliskie kontakty z klientami korporacyjnymi.

Przyszłość głównych graczy z Europy wydaje się bardziej wątpliwa. Dwa największe banki Szwajcarii, UBS i Credit Suisse, zostały przez nadzór zmuszone do redukcji rozmiarów i postawione wobec trudnego zadania: mają być i mniejsze, i bardziej zyskowne. Barclays i Deutsche Bank, dwie regionalne „potęgi w obrotach” (z dużą wartością handlu na zlecenie klientów) mimo kryzysu kontynuują rozwój, ale ich rodzime rynki odczuwają skutki anemicznego wzrostu, zaś ekspansja za granicę staje się trudniejsza, bo na szybko rosnących rynkach wschodzących pojawiają się nowi, lokalni konkurenci. Poza tym nowe przepisy w Stanach Zjednoczonych utrudnią życie zarówno bankom tamtejszym, jak i zagranicznym.

Ryzykując powtórkę pomyłki popełnionej przez „The Economist” w 1963 r. dowodzimy w naszym raporcie, że najbardziej zyskowne dni bankowości inwestycyjnej to już przeszłość. Nie mówimy jednak, że przychody branży nie wzrosną w stosunku do obecnego, niskiego poziomu. Pewien ich wzrost będzie przesądzony w momencie, gdy korporacyjni klienci tych banków odzyskają apetyt na przejęcia i zaczną sprzedawać obligacje i akcje, a także, gdy zwyżkujące rynki akcji znów skuszą inwestorów do nasilenia operacji. W najbliższej przyszłości nie jest jednak prawdopodobne zwiększenie tych przychodów do rekordowych kwot, nie ma też prawie żadnych szans na to, żeby wskaźniki ROE wróciły do hojnego, przedkryzysowego poziomu 25 proc. i więcej. Wobec fali najnowszych regulacji nawet wyznaczone sobie przez banki skromniejsze cele— zwrot akcjonariuszom od 15 do 20 proc, kapitału — wydają się trudno osiągalne.


Tagi


  • ejd pisze:

    „Zwrot z kapitału (ROE), typowa miara zyskowności, w branży finansowej jako całości kształtował się zwykle na poziomie 20-25 proc., a w odnoszących największe sukcesy instytucjach często był nawet wyższy.” Banki nic nie produkują, dlatego wykazywane zyski są zapisem księgowym bez pokrycia. Gdy „zyski” banków będą księgowane jako koszt dla gospodarki zmieni się hasło z „za duże by upaść” w hasło „za duże by istnieć”. Olbrzymie światowe pieniądze bez pokrycia są karykaturą gospodarki. Wytworzono węzeł gordyjski, który z każdym rokiem staje się większy.

Dodaj komentarz


+ 2 = dziesięć

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane