Nie może być gotowego lekarstwa dla Europy

24.07.2016
Thomas Piketty w swojej nowej książce przypomina recepty na problemy gospodarczo-polityczne, które omawiał na łamach francuskiej prasy od ponad dekady. Można się spierać, czy ich zastosowanie byłoby skuteczne, ale nie można autorowi odmówić trafności diagnozy.

(Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2016)


Thomas Piketty to bez wątpienia najgłośniejszy ekonomista ostatnich lat. Jednocześnie jeden z najbardziej krytykowanych. Jego wydane w ubiegłym roku w Polsce książki „Kapitał w XXI wieku” oraz „Ekonomia nierówności” uznane były przez niektórych krytyków za manifest antykapitalistyczny. Autorowi zarzucano błędy, nieznajomość historii gospodarczej i manipulowanie statystykami. Panuje jednak zgoda co do tego, że francuski ekonomista jest wnikliwym obserwatorem politycznej i gospodarczej rzeczywistości.

Francja i okolice

W wydanych właśnie przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej felietonach publikowanych w dzienniku „Libération” w latach 2004-2012 ekonomiczny celebryta analizuje skutki globalnego kryzysu, przesłanki działań rządów i partii politycznych, problemy reform emerytalnych, podatkowych, a nawet systemu edukacji.

Z początku, tytuł książki „Czy można uratować Europę?” wydaje się mylący. Wszakże autor felietonów pastwi się głównie nad polityką prezydenta Nicolasa Sarcozy’ego (prezydenta Francji w latach 2007-2012), z nawiązaniem od czasu do czasu, do polityki amerykańskiej, szczególnie w kontekście działań FED i programów wyborczych Hillary Clinton i Baracka Obamy.

Z czasem frankocentryczne wątki zaczynają jednak płynnie łączyć się z oskarżeniami autora, że cała Europa, pogrążona w kryzysie zadłużenia publicznego, nigdy nie była w tak kiepskim stanie (felieton z grudnia 2008 roku), jest politycznym karłem i podatkowym sitem (2011 rok). I to mimo tego, że gospodarstwa domowe UE dysponują majątkiem dwudziestokrotnie większym, niż wynoszą rezerwy chińskie, i pięciokrotnie większym niż długi europejskich państw. Tym majątkiem zajął się zresztą później dokładniej w „Kapitale w XX wieku” (który został w oryginalnej wersji wydany dwa lata później niż „Czy można uratować Europę”).

Państwa musza się zreformować

Dla francuskiego ekonomisty jest oczywiste, że europejskie państwa opiekuńcze powinny być reformowane i racjonalizowane nie tylko po to, by przywrócić równowagę budżetową, ale by mogły zapewniać lepsze usługi publiczne i gwarancję publicznych praw.

Inicjatywę miałaby przejąć, a jakże, lewica. Zarówno jeśli chodzi o modernizację systemu podatkowego (według niego skomplikowanego i niesprawiedliwego), który należałoby zreformować zgodnie z zasadą „przy równych dochodach równy podatek”, regułę podatku u źródła oraz podatek o szerokiej podstawie i niskiej stopie, jak i przebudowę systemu ubezpieczeń oraz autonomię uniwersytetów.

Piketty argumentuje, że w sytuacji, gdy wszystkie podatki, nawet te płacone przez przedsiębiorstwa, w ostatecznym rozrachunku i tak obciążają de facto pracowników, składki zdrowotne i emerytalne powinny być pobierane od całości wartości dodanej przedsiębiorstw (tzw. VAT socjalny), obciążając nie tylko płace, ale i zyski. Podkreśla jednocześnie, że system emerytalny powinien być jak najprostszy – jak w Szwecji, gdzie składki są niezależne od rodzaju zatrudnienia, a każdy może sprawdzić stan swojego konta składkowego przez internet.

Piketty bardzo rozsądnie wypowiada się na tematy, jakże aktualne dla Polaków, wysokości płacy minimalnej i dopłat na dzieci. Powołując się na przykład bogatej rodziny francuskiej, która dostaje 12 tys. euro rocznie na ośmioro dzieci, kwestionuje system „dopłat dla każdego”. Przekonuje też, że zamiast zwiększać płacę minimalną, lepiej wprowadzać odpowiednio skonstruowaną ulgę podatkową na zatrudnienie. Pozwoliłaby na rozłożenie ciężaru solidarności z mało zarabiającymi nie tylko na pracodawców, często drobnych przedsiębiorców dużo biedniejszych od zamożnych menedżerów korporacji, ale na całość wspólnoty narodowej.

Francuski ekonomista wraca do swoich publicystycznych korzeni, gdy podkreśla, że w krajach bogatych (w tym we Francji) majątkom powodzi się bardzo dobrze, podczas gdy produkcja i dochody rosną tam w wolnym tempie. Twierdzi, że społeczeństwo trwale zmniejszające opodatkowanie majątków, w tym spadków, naraża się na ryzyko społecznego wybuchu.

Eksperci się zgadzają

I choć nie wiadomo, czy zwiększenie tego opodatkowania zapobiegłoby wybuchom, to przecież dziś z jego niektórymi diagnozami zgadzają nawet eksperci, których nie można oskarżyć o lewicowy populizm.

Jak ci z firmy doradczej McKinsey, którzy we współpracy m.in. z ekonomistami Harvardu, Yale i OECD wydali właśnie raport, w którym przyznają, że za wzrost napięć społecznych odpowiada wzrost nierówności, a powojenny zachodni porządek upada, bo „obywatele, którzy mają najbardziej negatywne opinie [o wolnym handlu i imigracji], mają też poczucie, że ich dochody nie rosną, i nie spodziewają się poprawy sytuacji w następnym pokoleniu”. A to może prowadzić do popierania partii nacjonalistycznych, takich jak Front Narodowy we Francji, czy opowiadania się Wielkiej Brytanii za opuszczeniem Unii Europejskiej. Ta ostatnia przepowiednia, jak wiadomo, już się spełniła…

Dla ekspertów McKinseya jedną z ich recept na ratowanie Zachodu, oprócz inwestowania w innowacje i edukację, jest np. udział pracowników w zyskach, podnoszenie płacy minimalnej, tanie budownictwo, a nawet dochód gwarantowany.

Wspólne długi i podatki

Według Piketty’ego najlepszym lekarstwem na rozwiązanie choć części problemów gospodarczych miał być europejski federalizm. Polityczne rozdrobnienie Europy i jej brak zdolności do zjednoczenia osłabiają bowiem nasz kontynent szczególnie w kontekście braku stabilności i przejrzystości systemu finansowego. Jego zdaniem nadzór finansowy poczynił od 2008 roku niewielkie postępy. Wręcz ignorowano przyczyny kryzysu tkwiące w nierównościach: stagnację dochodów klas ludowych oraz średnich i ogólne narastanie nierówności. Koło ratunkowe rzucone bankom prywatnym nie zapobiegło kolejnej fazie kryzysu i zadłużeniu publicznej strefy euro. Dlaczego? Bo strefa euro i EBC zostały z założenia źle pomyślane.

– Wspólny pieniądz bez wspólnego zadłużenia – to nie może zadziałać – argumentuje Piketty.

Jedynym trwałym rozwiązaniem kładącym kres np. spekulacji na kilkunastu stopach procentowych strefy euro miało być zatem uwzajemnienie zadłużenia („euroobligacje”). Ale w tym celu trzeba stworzyć silną polityczną władzę federalną, a najlepiej przygotować nowy traktat pozwalający krajom członkowskim uwspólnić długi publiczne.

Uwspólnienia wymaga też, zdaniem Piketty’ego – system podatkowy. W sytuacji gdy wiele krajów stosuje dumping podatkowy, powinno się dążyć do zharmonizowania europejskich podstaw podatku dochodowego, co miałoby być wstępem do powołania międzynarodowego systemu podatkowego. Po podjętych niedawno przez Komisję Europejską decyzjach dotyczących walki z optymalizacją podatkową (a raczej jej braku), już wiadomo, że i te pomysły są nierealne.

Nikt nie uczy się na cudzych błędach

Lektura felietonów Piketty’ego na temat samej Francji prowadzi z kolei do przykrej konstatacji, że „wszystko już było”, a każdy kraj przerabia te same problemy na nowo, nie korzystając z cudzych doświadczeń. I przypomina, że hamulcowym na drodze większego zjednoczenia krajów unijnych byli właśnie Francuzi, którzy powiedzieli „nie” w referendum w sprawie konstytucji europejskiej.

Tony Blair wykorzystał to wówczas jako szansę, by podjąć próbę przejęcia przywództwa w Europie. Nieskutecznie. Ale warto dziś przypomnieć sobie, jak ówczesny premier Wielkiej Brytanii potępiał na przykład ujemny wpływ wspólnej polityki rolnej na rozwój Krajów Południa i podkreślał, że przeznaczanie 40 proc. środków na wsparcie 2 proc. obywateli nie przysparza Unii zwolenników.

Jak się okazało, nie przysporzyło jej głównie w Wielkiej Brytanii, ale jeśli trend separacjonizmu rozleje się na inne państwa Europy, o federalistycznych pomysłach Piketty’ego można będzie zapomnieć. Z jego słów sprzed lat warto zaś, by każdy dzisiejszy decydent dobrze zapamiętał, że „odpowiedzialność polityka nie polega na wystawianiu czeków in blanco, ale na szukaniu dróg pozwalających zapewnić trwały wzrost produkcji i siły nabywczej osób żyjących najskromniej, a to wymaga konsekwencji i pokory”.

Obserwator Finansowy jest patronem medialnym polskiego wydania książki „Czy można uratować Europę?”


Tagi


  • m pisze:

    Kolejne iluzje i naiwna wiara w pragmatyczny cud „wspólnoty”, która choć rachityczna i dotknięta wieloma choróbskami (m. in. moloch biurokracji istniejący dla siebie) straciła złudny wcześniejszy blask i cnotę.

    Ale „kroniki” Piketty’ego – i te z lat 1998-2004 „Niech żyje amerykańska lewica!” i te z lat 2004-2012 – pełne są wartościowych myśli i udokumentowanych ciekawostek.
    Choćby taka: „… W przededniu kryzysu, w roku 2007, całość majątku finansowego i nieruchomości (netto, tzn. po odjęciu zadłużenia) należącego do rodzin francuskich osiąga wartość 9,5 biliona euro, czyli równowartość niemal sześcioletniego dochodu narodowego. Fortuna Francuzów nieco maleje w latach 2008 – 2009, ale ponownie rośnie od 2010 roku, aby przekroczyć 10 bilionów obecnie. Jeśli popatrzymy na te liczby z perspektywy historycznej, zdamy sobie sprawę, że od stulecia majątki nie miały się tak dobrze. Prywatny majątek netto stanowi dziś równowartość niemal sześcioletniego dochodu narodowego, podczas kiedy w latach 80. równy był mniej niż czteroletniemu, a w latach 50. mniej niż trzyletniemu dochodowi narodowemu. Trzeba wrócić aż do czasów belle époque (1900 – 1910), by trafić na podobną koniunkturę dla francuskich majątków, ze stosunkiem majątku do rocznych dochodów rzędu sześć do siedmiu”.

    Trudno być optymistą.
    Kto z kim miałby się jednoczyć i wokół jakiego wspólnego celu?
    Kwitnie spekulacja na gigantyczną skalę… jak nie na kursach wymiany walut, to na stopach procentowych długów publicznych, kwitną raje podatkowe i wsparta „nauką” optymalizacja podatkowa… kasę daje tylko kasa i majątek.
    Większość chciałby być rentierami dosłownie (w marzeniach stymulowanych medialnym przekazem) i przenośnie – żyć choćby z niewielkiej renty (życiowy minimalizm, błogie lenistwo…).
    Coraz mniej chętnych do przynoszącej istotną i „sprawiedliwie” dzieloną „wartość dodatkową” pracy i kapitału…

    Dymanie skromie wynagradzanego świata pracy – od Nowej Zelandii przez Chiny, Europę do USA – trwa w najlepsze i to jest fakt niezaprzeczalny.

    Czytając Piketty’ego z 2012 roku widać wyraźnie jak Europa jest daleko od jego ówczesnych rekomendacji dla ratowania europejskiej „unii politycznej”.

  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    „Twierdzi, że społeczeństwo trwale zmniejszające opodatkowanie majątków, w tym spadków, naraża się na ryzyko społecznego wybuchu” – i to jest także dobra charakterystyka sytuacji w Polsce, gdyż to właśnie poprzedni rząd PiS zrobił prezent nowej oligarchii wprowadzając nieograniczone kwotowo zwolnienie z podatku spadkowego.

  • Edek pisze:

    Dobrze, że nie kupiłem!
    1. Tylko lewicowiec z „Zachodu” może jeszcze marzyć o tym, że uwspólnienie i ujednolicenie wszystkiego w UE ma sens, a nie jest rozprzestrzenianiem się choroby.
    2. Majątek Europejczyków jest też zarazem chorobą UE – składają się na niego niewypłacalne fundusze emerytalne i wyśrubowane ceny nieruchomości! Przytłaczająca większość tego „przyrostu” majątku wynika ze wzrostu cen nieruchomości!
    3. Problemy dzisiejsze UE to już nie bezpośrednio ekonomia ale zagadnienia bardziej fundamentalne: problem demograficzny; kompletna degrengolada i ideologiczne zaślepienie „elit” o ile nie całych społeczeństw którym „wyprano” mózgi; inwazja ludzi z kultur które de facto niczego przez ostatnie 1000 lat nie dokonały i mających światopogląd „barbarzyński”.

Dodaj komentarz


dwa − 1 =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane