Dyscyplina w dobie globalizacji

15.08.2013
Gdyby ktoś mógłby dziś powiedzieć „państwo, to ja”, byłby to Lee Kuan-yew, który wprowadził Singapur do grona najnowocześniejszych organizmów na globie. Nawet wielkie Chiny przyznają, że należą do naśladowców tego państwa. W USA wydano książkę "Lee Kuan Yew. The Grand Master's Insights on China, the United States, and the World"; wstęp napisał sam Henry Kissinger.


Singapurowi warto się przyjrzeć tym uważniej, że przecież Chiny pretendują do miana mocarstwa lub supermocarstwa, czego o maleńkim, liczącym zaledwie 5 mln mieszkańców „Mieście Lwa” w żaden sposób powiedzieć nie można.

Małe organizmy same nie przetrwają

Zarówno dla ekonomistów jak i polityków jest oczywiste, że niebywałych sukcesów Singapuru nie byłoby bez Lee Kuan-yew, jego wizji, a także klanu, bo przecież po długoletnich rządach ojca, dziś cenionego Seniora-Ministra, premierem pozostaje jego syn, Lee Hsien-loong.

Przykład Singapuru jest na tyle wyrazisty, a sukcesy tak duże, że w naturalny sposób budzi on zainteresowanie innych. W Stanach Zjednoczonych właśnie wydano książkę Lee Kuan Yew. The Grand Master’s Insights on China, the United States, and the Worldzłożoną z wypowiedzi i wywiadów „ojca-założyciela”, jakich Lee Kuan-yew sporo udzielił na długiej drodze życia (ur. 1923). Wstęp do tego tomu napisał, a jakże, sam senior amerykańskiej dyplomacji Henry Kissinger, twierdząc: „W ciągu minionego półwiecza miałem przywilej spotykania wielu przywódców na świecie, jednakże żaden nie nauczył mnie więcej niż pierwszy premier Singapuru i jego ciągle wiodący duch, Lee Kuan-yew”. A Kissingerowi wtóruje na okładce była sekretarz stanu Madeleine Albright, pisząc, że Lee „Ma nowoczesne i najbardziej strategiczne poglądy spośród tych, których od dawna spotykam”.

Chwalą więc Lee Chińczycy i chwalą Amerykanie, podczas gdy zazwyczaj mają odmienne poglądy. Co ich łączy w tym akurat przypadku? Wydaje się, że nie tylko niekwestionowany sukces, dowodzący racjonalności i strategicznej wizji Lee Kuan-yew, który przecież, jak mówi tytuł jego opublikowanych już pamiętników, przeprowadził swój mały kraj „z Trzeciego do Pierwszego Świata”. Chodzi też o klarowność poglądów, często ich dosadność, trzeźwą ocenę sytuacji, tak u siebie w kraju, jak też przede wszystkim poza jego granicami, gdyż Singapur bez wsparcia z zewnątrz by nie przetrwał. Sam Lee mówi to zresztą wprost: nie tylko maleńki Singapur, ale nawet cały, liczący ok. 600 mln mieszkańców ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) „nie ma strategicznego znaczenia”.

Dlatego w dobie globalizacji, „w świecie szybkiej komunikacji i jeszcze szybszej informacji”, a więc w epoce wzajemnie zależnego świata, po zimnej wojnie i krótkiej dominacji amerykańskiej idącego ku wielobiegunowości, małe organizmy same nie przetrwają. Jednak mogą podważyć kruchą tkankę wzajemnych, coraz gęstszych powiązań i nawet zagrozić bezpieczeństwu i pokojowi. Chociaż w książce Lee nie ma ani słowa o Unii Europejskiej, odległej z jego perspektywy i chyba niezbyt znaczącej w jego myśleniu, warto to akurat przesłanie zadedykować tym politykom w UE, którzy z racji obecnego kryzysu coraz częściej grają na nacjonalistycznej i populistycznej nucie, szukając łatwego społecznego poklasku.

Chiny nie rewizjonistyczne

W wydanym tomie wszystkie wypowiedzi Lee uporządkowano według trzech głównych zagadnień, których dotyczyły: obecnej sytuacji i przyszłości Chin, USA oraz świata w dobie globalizacji, a przede wszystkim stanu po kryzysie 2008 r. Jeśli kiedyś Deng Xiaoping, a dziś Kissinger i Albright biorą pod uwagę poglądy Lee, może warto zapoznać się z nimi?

Niewątpliwie dla nas najbardziej ważkie, a chwilami odkrywcze, są poglądy Lee na temat Chin. Tym bardziej, że wśród największych swoich wzorów politycznych wymienia on De Gaulle’a, Churchilla oraz Deng Xiaopinga. Przy czym, co ważne, z tym ostatnim, jakby nie było wizjonerem obecnych sukcesów Chin, dobrze się znali i wzajemnie szanowali.

Zdaniem Lee: „Intencją Chin jest status wielkiego mocarstwa na świecie”. Ponadto: „W przeciwieństwie do innych wschodzących rynków, Chiny chcą pozostać Chinami i być zaakceptowane jako takie, a nie jakiś honorowy członek Zachodu”. Innymi słowy, próby narzucenia czegokolwiek Chinom są z góry skazane na niepowodzenie, zwłaszcza po poprzednich, gorzko w Chinach wspominanych, próbach kolonizacji i dominacji.

Kryzys 2008 r. jeszcze wzmocnił Państwo Środka, toteż „już widzimy Chiny bardziej pewne siebie i zajmujące bardziej zdecydowane stanowisko”. To bynajmniej nie koniec, albowiem „Chiny chcą dzielić się tym stuleciem jako równi ze Stanami Zjednoczonymi”. To USA są punktem odniesienia dla Chin, nikt inny.

Czy to oznacza, że Chiny są wyłaniającym się mocarstwem „rewizjonistycznym”, a więc pragnącym podważyć istniejący porządek i ład? Niezupełnie. „Chiny skalkulowały, że potrzebują 30, 40, a może nawet 50 lat pokoju i spokojnego dościgania innych, a przy tym budowania własnego systemu”. Nie forsują militaryzacji, jak Rosjanie w czasach ZSRR, z własnych badań wyciągnęli wnioski, że „Niemcy i Japonia poniosły klęskę, ponieważ pragnęły podważyć istniejący porządek”. One tego błędu nie popełnią.

W duchu konfucjańskim postawiono na naukę młodych i rozwój technologiczny. Jednakże mające ogromne ambicje i cele Chiny mają przed sobą nie mniejsze bariery i problemy. Dekady transformacji i reform przyniosły ze sobą „niebywałą dumę i patriotyzm młodego pokolenia… co jest groźne”. Jednak największa groźba, przed jaką teraz stają chińskie władze, to „korozyjny efekt grabieży majątku, który może wywołać społeczną rewoltę”.

Owszem, chińscy przywódcy „działają na zasadzie konsensusu i myślą długoterminowo”. Ale to za mało do zajęcia pozycji nr 1 na świecie. „Chiny niewątpliwie dościgną USA pod względem nominalnego PKB. Jednakże ich kreatywność nie będzie równa amerykańskiej, albowiem ich kultura nie pozwala na swobodną wymianę i konkurencję idei”. Ponadto, to angielski, a nie chiński z jego tysiącami ideogramów, jest dzisiaj językiem Internetu i tym samym nowych technologii i nowoczesności.

„Chiny nie zamierzają być liberalną demokracją, a gdyby tego próbowały, to by upadły”, tak są wewnętrznie skomplikowane i tak wiele mają jeszcze zadań do odrobienia. „A najważniejszym wśród nich jest obecny styl rządzenia, w ramach którego nie ma reguł państwa prawnego, co sprawia, iż dzisiejsze Chiny są rządzone jak w epoce cesarskiej”. Innymi słowy, niegdyś rewolucyjna Komunistyczna Partia Chin zamieniła się w zbiorowego cesarza. Czy będzie w stanie zerwać z tradycją i odejść od tych przywilejów, jakie ma?

Nikt, nawet Lee Kuan-yew, nie zna odpowiedzi na to pytanie, a ono właśnie sprawia, iż wokół przyszłości Chin, dziś święcących tyle sukcesów gospodarczych, jest jeszcze wiele poważnych znaków zapytania.

Ameryka innowacyjna

Co wobec tego z USA, niedawnym „jedynym supermocarstwem”? Zdaniem Lee: „Nie ma żadnych obaw, by Ameryka została zredukowana do pozycji drugorzędnej”. Tak się nie stanie, bowiem USA mają komparatywną przewagę w stosunku do Orientu, polegającą na „pozycji jednostki w społeczeństwie… amerykańskie społeczeństwo jest ciągle w ruchu i w trakcie zmiany”. Talenty ze świata nadal idą do USA, a nie do Chin. To Stany Zjednoczone są ojczyzną innowacji i nowoczesnych technologii i takimi pozostaną.

Ale to nie znaczy, że przyszłość Ameryki rysuje się w jasnych barwach. „Najbardziej martwi mnie amerykański dług – podkreśla Lee – bowiem to właśnie on uderza w samo serce amerykańskiego przywództwa”. Ponadto martwi go amerykańska demokracja, w ramach której „Zwycięstwo wyborcze w coraz większym stopniu przypomina konkurs opakowań i reklam”.

Lee przeciwstawia się dominującej w USA (czy tylko?) opinii, że „rozkwit demokracji w nieuchronny sposób prowadzi do rozwoju”. Wręcz przeciwnie. „Zawsze wierzyłem – mówi – że kraj potrzebuje przede wszystkim większej dyscypliny, a nie większej demokracji” – i tak też rozwijał Singapur. W którym, dodaje, kluczowe znaczenie miał dobór elit, jego osobisty, a więc ręczny, jak można zrozumieć, wybór właściwych, kompetentnych i odpowiedzialnych za państwo i dobro publiczne osób. Bez tego nie będzie sukcesu, to jest ważniejsze od demokracji – podpowiada Lee.

Nie obawia się on zderzenia dwóch kolosów, USA i Chin. A to dlatego – wyjaśnia – że „Chiny działają we własnym narodowym interesie i nie są zainteresowane zmianami na świecie”. Konkurencja między nimi „jest nieunikniona, ale do konfliktu wcale nie musi dojść”.

Lee wielokrotnie otwarcie opowiada się za dialogiem obu mocarstw, w czym czasami popada w sprzeczności, szczególnie w kontekście ostatnich, bardziej asertywnych, a mniej pokojowych zachowań władz w Pekinie. Jednakże konkluduje słusznie: „Stany Zjednoczone będą musiały dokonać fundamentalnego wyboru: angażować się w Chinach, czy izolować je. Albowiem obu tych celów naraz nie da się realizować”.

Globalizacja bez odwrotu

Lee jest głębokim zwolennikiem globalizacji i internacjonalizacji. Tak też prowadził do sukcesu Singapur – kreując go na „kosmopolityczne centrum, zdolne do przyciągania, zatrzymywania i wchłaniania talentów z całego świata… Wybór jest prosty. Albo będziesz miał pierwszorzędne linie lotnicze, pierwszorzędne linie morskie i światowej klasy banki, albo jesteś skazany na uwiąd”. Oto tajemnica singapurskiego sukcesu, a zarazem przesłanie dla innych, jak najbardziej i dla nas.

Lee wierzy w globalizację, ale nie dlatego, że kieruje się marzeniami. Wyjaśnia: „Globalizacja nie może być zahamowana, albowiem technologie, które ją umożliwiły, są już nie do odwrócenia… Nie ma żadnej wiarygodnej alternatywy dla globalizacji”. Problem w tym – kończy Lee – że nikt nie wie, „co się stanie z naszą Ziemią…planeta ogrzewa się, lodowce topnieją… To nie są kwestie wyborcze”, lecz egzystencjalne, chciałoby się dodać.

Trzeba się stale intensywnie uczyć i myśleć innymi kategoriami niż dotychczas – sugeruje Lee, jako przekonany zwolennik międzynarodowej ścisłej współpracy, wymuszonej obiektywnie przez nowoczesne technologie i idącą ich śladem globalizację.

To akurat dokładnie odwrotne przesłanie niż płynące ostatnio u nas, w naszym regionie i w ramach wzbierającej fali renacjonalizacji w UE. Może wobec tego warto wiedzieć, co ma do powiedzenia „ojciec singapurskiego cudu”?

OF


Tagi


  • BartoszW pisze:

    Dziwne by było gdyby beneficjent globalizacji był jej przeciwny.

  • GREG1977 pisze:

    KAŻDY KRAJ MA SWOJEGO LENINA. NASZ LENIN NAUCZAŁ RELIGII. LENIN SINGAPURU NAUCZA EKONOMII I ZARZĄDZANIA.

Dodaj komentarz


siedem + = 11

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane