Czy demokratyczny kapitalizm jest trwały

02.10.2016
Urodzony w Paryżu serbsko-amerykański ekonomista Branko Milanovic, wykładający w kilku amerykańskich uczelniach i w Luksemburgu, analityk Banku Światowego, ponad 20 lat poświęcił badaniu jednego zagadnienia - nierówności społecznych i dochodowych na szczeblach poszczególnych państw i pomiędzy nimi.


Niedawno sporo szumu w świecie, również w Polsce, wywołał francuski ekonomista Thomas Piketty, pisząc o kapitale i kapitalizmie w początkach XXI stulecia. Wywołał burzę swoimi twardymi, na ogół mało pochlebnymi, stwierdzeniami na jego temat.

Cykle wzrostu i upadku

Niedawno wydana, z pochlebnymi notami Thomasa Piketty’ego i Josepha Stiglitza na okładce, książka Branko Milanovica „Global Inequality. A New Approach for the Age of Globalization”, czyli „Globalne nierówności”, rzeczywiście stanowi – jak mówi jej podtytuł – „nowe podejście w erze globalizacji” do tych nierówności. Nie wiadomo, czy wywoła aż taką sensację jak praca Piketty’ego, ale w amerykańskich kręgach specjalistycznych już o niej głośno. Doceniono zarówno 20-letni wkład pracy stojący za tym przedsięwzięciem, jak i oryginalne podejście do tematu.

Milanovic sięga do znanej koncepcji Simona Kuznetsa, jeszcze z lat 50. minionego stulecia, i jego cyklów wzrostu lub spadku dochodów. Podkreśla – i mocno eksponuje – fakt, iż wykres Kuznetsa przypomina nieco rysunek słonia, tzn. wraz ze wzrostem gospodarczym przeciętne dochody społeczeństwa rosną, w pewnym momencie dochodzą do granicy (czyli grzbietu słonia), potem spadają (niczym trąba tego zwierzęcia), a następnie (również jak ta trąba) wznoszą się w górę.

Oryginalność podejścia Milanovicia polega na tym, że dzieli on ten „wykres słonia” na dziesięć równych części i na to nakłada dochody społeczeństwa. W efekcie rodzi się tabela pokazująca, kto czerpie zyski w danym społeczeństwie, w jakiej sytuacji znajdują się biedni, gdzie są bogaci, a gdzie klasa średnia. I to zarówno w wydaniu poszczególnych państw, czy regionów, jak i w skali globalnej, co go najbardziej interesuje. Zdecydowanie najwięcej uwagi poświęca USA i Chinom, przy czym w tym drugim przypadku skarży się na niedobór wiarygodnych danych, zbieranych najczęściej na poziomie gospodarstw domowych.

Chcąc to podejście dokładnie zrozumieć, należałoby tę oryginalną, choć nie najłatwiejszą w odbiorze, pracę dokładnie przeczytać. Chwilami jest ona bowiem mocno teoretyczna, pełna tabel, zestawień i dodatkowych wyjaśnień, zwanych „wypadami”. Jednakże podjęcie tego wysiłku wydaje się być ze wszech miar wskazane.

Albowiem Milanovic, jak wiele na to wskazuje, uchwycił – by tak to ująć – tętno naszych czasów, tzn. epoki neoliberalizmu i rozbuchanych rynków, które zapanowały nad całym światem (nad komunistycznymi z nazwy Chinami też) po 1990 roku. Autor, operując danymi precyzyjnie niczym chirurg skalpelem, dochodzi bowiem do wielu – czasami zaskakujących – tez i ustaleń.

Chiny gonią Europę

Trzy najważniejsze, które należałoby szczególnie wyeksponować (Milanovic na zakończenie daje aż dziesięć szczegółowych wniosków) dotyczą kolejno: Azji, a przede wszystkim Chin, Stanów Zjednoczonych oraz Europy.

Jego zdaniem, szybko rosnące po 1990 r. Chiny zmieniają oblicze świata i jego gospodarki, ale – należy je mierzyć innymi kategoriami niż świat dotychczas rozwinięty. W porównaniu z USA znajdują się one niejako na innym cyklu Kuznetsa. Kraj Środka znajduje się dopiero (w 2013 r.) mniej więcej w połowie pierwszego cyklu wzrostowego, gdy rozpiętość dochodowa, mierzona współczynnikiem Gini dochodzi już niemal do szczytu, po czym (jak wynika z logiki cyklów Kuzntesa) powinna spaść, by po kilku czy kilkunastu latach znów doprowadzić do wzrostu nierówności, szczególnie na rzecz tych najbogatszych.

Stany Zjednoczone natomiast w tym samym czasie (2013 r.) znajdują się już w drugim cyklu rozwojowym Kuznetsa, gdy nierówności nadal rosną, ale jeszcze im nieco pozostaje do „grzbietu słonia” i do tego, by zacząć spadać.

Wracając do Chin. Rozpiętości dochodowe szczególnie rosły tam w ostatnich latach. Tylko w latach 2008-2011 przeciętne dochody mieszkańców chińskich miast podwoiły się, a mieszkańców wsi wzrosły o 80 proc. Co więcej, średnie dochody w Chinach w 2011 r. po raz pierwszy przekroczyły przeciętny poziom dochodów w najbiedniejszych państwach UE, takich jak Rumunia, Litwa czy Łotwa. Chińskie miasta już są bogatsze od tych krajów. Owszem, w 2013 r. dochody na głowę mieszkańca w Chinach były jeszcze niższe od tych w Bułgarii czy Rumunii, ale już o mniej niż 30 proc., co jest gwałtownym skokiem i prowadzi do wniosku, że wkrótce się one wyrównają.

Te dane prowadzą autora do twardego wniosku (jednego z wielu w tej pracy): „Wyjątkowość europejskiego półwyspu dobiega końca”. Chiny – „czego po upadku komunizmu i ZSRR absolutnie nikt nie przewidywał” – wracają do modelu, który był znany przed wiekami, gdy to one dominowały na światowych rynkach. Autor posługuje się tutaj znanymi wśród specjalistów danymi Angusa Maddisona z OECD, który dokładnie mierzył znaczenie chińskiej gospodarki na przestrzeni wieków. Innymi słowy, wyłania się nam na horyzoncie coraz bogatszy i coraz bardziej znaczący dla gospodarki światowej podmiot i gracz.

Amerykańska plutokracja

Oczywiście, najwięcej uwagi autor poświęca Stanom Zjednoczonym, kolebce Konsensusu z Waszyngtonu, który zdominował światową gospodarkę po 1990 roku. Miał on potwierdzać znaną zasadę: zwycięzca bierze wszystko. Czyli, inaczej ujmując, globalizacja miała być tożsama z amerykanizacją. A jakie są – zdaniem autora – efekty tego podejścia?

Jeśli chodzi o amerykańską scenę wewnętrzną, dość jednoznaczne: narodziła się tam plutokracja, bardzo wąska, nawet 1-procentowa, warstwa superbogaczy, których dochody błyskawicznie rosną, podczas gdy dochody klasy średniej w USA od lat wyhamowały i są obecnie nawet niższe w stosunku do średniej dochodowej w całym państwie od poziomu z 1979 r. 5 proc. najbogatszych ma mniej więcej tyle samo co cała klasa średnia.

Prowadzi to, co zrozumiałe, nie tylko do dochodowego rozwarstwienia, ale też społecznego oburzenia na elity (władzy i pieniądza). Tym samym otrzymujemy, czego już autor trzymając się naukowego i ekonomicznego wywodu, do końca nie dopowiada, wyjaśnienie fenomenu Donalda Trumpa, bezkompromisowo uderzającego w uprzywilejowane elity (których sam jest wręcz jaskrawym przedstawicielem).

Milanovic zadaje w tym kontekście inne aktualne teraz pytanie: „Czy nierówności dochodowe zagrażają trwałości zachodniej demokracji?”

Tu autor odwołuje się aż do Arystotelesa i Alexisa de Tocqueville’a, wskazując, że ostoją systemu demokratycznego są klasy średnie. System i demokracja funkcjonują dobrze, o ile ograniczają skalę biedy z jednej, a nadmierne bogactwo z drugiej strony. Problem nie tylko w tym, że teraz w USA nie tylko bogaci stają się coraz bogatsi. Na dodatek – jak wykazał politolog Larry Bartels, na którego autor się powołuje – „jest pięć albo i sześć razy bardziej prawdopodobne, że amerykańscy senatorowie będą głosowali zgodnie z interesami bogatych, a nie klasy średniej”.

Tym samym trudno się dziwić ostatniej fali antyestablishmentowego buntu, uosobionego postaciami Donalda Trumpa czy Berniego Sandersa. Po ponad 20 latach bezwzględnej dominacji rynków przeciętni Amerykanie zaczynają mieć dość uprzywilejowanych, czemu coraz głośniej dają wyraz.

Sfrustrowana Europa

Zgodnie z danymi i analizą Milanovicia nieco inaczej sytuacja przedstawia się w Europie i Unii Europejskiej. Tu dochodzi do rozmontowywania jednego z filarów systemu, jakim było państwo dobrobytu czy państwo socjalne. Poza Niemcami i państwami skandynawskimi, gdzie też nie jest wesoło, sytuacja się stale pogarsza. Nowym jakościowo wyzwaniem stają się masowi migranci, błyskawicznie podważający ten system. Rosnące rozwarstwienie i polaryzacja sprawiają, że władza w całej zachodniej demokracji coraz bardziej przypomina „komitet zarządzającymi powszechnymi sprawami burżuazji” (autor świadomie parafrazuje słowa Karola Marksa).

Razem wziąwszy, pogarsza się poziom jakości życia, usług, w tym kluczowych w służbie zdrowia i oświacie, dostęp do rynku pracy staje się coraz trudniejszy, co „klasa średnia, będąca największym promotorem i beneficjentem państwa socjalnego uznaje za nic innego jak za atak na samą siebie”. Odpowiada więc, ale w nieco inny sposób niż klasa średnia w USA. Ta w UE daje coraz większe poparcie i przyzwolenie populistom i nacjonalistom dostrzegającym źródło wszelkiego zła w napływających migrantach oraz „obcych i innych” cokolwiek oni sobą reprezentują.

Jak widać, ściśle naukowy i ekonomiczny wywód prowadzi autora do całkowicie politycznych wniosków. A wśród można znaleźć jest jeszcze jeden, kluczowy dla całej pracy, dotyczący tytułowych nierównościami na skalę globalną.

Nasza przyszłość w Azji?

Milanovic uważa, że zgodnie z logiką cyklów Kuznietsa „prawdopodobieństwo konwergencji (tzn. zbliżania się do siebie dochodów – przyp. Red.) i gospodarczego doganiania Zachodu przez Azję wydaje się wysokie. Światowa potęga gospodarcza przesunie się jeszcze bardziej w kierunku Azji”. Ponure są natomiast prognozy dla Afryki (a tym samym i Europy, bo to stałe i trwałe źródło napływu kolejnych migrantów).

Kapitalizm po bezwzględnej dominacji rynków spod znaku Konsensusu z Waszyngtonu „przypomina kasyno”, a „opodatkowanie go jest trudne, gdyż jest niezwykle mobilny” – konkluduje Milanovic. On też, podobnie jak Piketty, traktuje takie opodatkowanie jako lekarstwo na obecnie widoczne i dowiedzione choroby. Problem w tym, że lekarstwa (przynajmniej niektóre z nich) już znamy, podczas gdy dobrych lekarzy brak.

Zamiast nich na Zachodzie coraz częściej dochodzą do głosu politycy i wspierający ich ekonomiści proponujący proste rozwiązania (przegonić uchodźców, zamknąć granice, odizolować się, ograniczyć wolny handel), którzy tym samym przypominają znachorów niż specjalistów. Czy to ma być jeszcze jeden dowód na to, że przyszłością świata jest dynamiczna Azja, stawiająca rozkołysanemu Zachodowi coraz poważniejsze wyzwanie?

Milanovic nie ma wątpliwości, że wraz z rozwojem globalizacji nierówności nie znikną, szczególnie te na arenach wewnętrznych państw. Każe nam natomiast głębiej zastanowić się nad tym, co przyniesie ze sobą konwergencja, tzn. szybkie doganianie dochodów Zachodu ze strony Azjatów, począwszy od – tak licznych przecież – Chińczyków.

„Czy demokratyczny kapitalizm jest trwały?” – pyta w pewnym momencie autor. W pełni na to pytanie nie odpowiada, ale już samo jego postawienie jest znamienne i wiele mówiące. Dlatego również ten tom należy uznać za znaczący.


Tagi


  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    „Po ponad 20 latach bezwzględnej dominacji rynków przeciętni Amerykanie zaczynają mieć dość uprzywilejowanych, czemu coraz głośniej dają wyraz” – nie tylko Amerykanie. Sukces PiS-u jest właśnie przejawem takiego buntu przeciwko oligarchii (do plutokracji to jeszcze jej daleko) kreowanej najpierw dość umiarkowanie pod rządami SLD, a potem, po krótkim pisowskim przerywniku, tworzonej już na tzw. rympał przez PO. Kwestie afery hazardowej i Amber Gold, najpierw mocno nagłaśniane, wyglądają dość mizernie w zestawieniu z rabunkiem gruntów i kamienic dokonywanym pod warszawskim patronatem PO. A jeżeli zestawi się to jeszcze z serwilistycznymi sędziami okresu 2007-2015 i podwójnym rabunkiem OFE (najpierw bandyckie odpisy początkowe 7% od PRZYMUSOWYCH składek, a potem skok na część obligacyjną, aby zasypać dziurę budżetową kreowaną kolesiowskimi ustawami odnośnie VAT) zaakceptowanym dwukrotnie przez TK, to należy otwarcie postawić pytanie „sienkiewiczowskie”: czy Polska to faktycznie kraj istniejący tylko teoretycznie, a faktycznie zarządzany przez delegatów mafii i wielkiego kapitału. Obecne procedowanie nad skandalicznymi uregulowaniami CETA, oprotestowane wyłącznie przez Ziobrę, daje asumpt podejrzeniom, że poza teatrzykiem politycznym nic nie zmieniło się w schemacie decyzyjnym. I takie same igrzyska dla tłumu: talibańska ustawa antyaborcyjna, aby odwrócić uwagę od skoku podatkowego przygotowywanego przez Morawieckiego.

Dodaj komentarz


9 − jeden =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane