Brexit, Trump i przegrani globalizacji

26.07.2016
Brytyjskie referendum i kampania prezydencka Donalda Trumpa mają ze sobą wiele wspólnego. Być może zrozumienie paraleli między nimi pomoże amerykańskim wyborcom uniknąć obrania w listopadzie podobnej drogi.


Jedna z tych paraleli przejawia się w tym, że ewentualność tych wydarzeń była zupełnie niedoceniana, zwłaszcza przez ekspertów i osobistości z establishmentu. Możliwość Brexitu początkowo przecież odrzucano, a wśród elit politycznych – zarówno Republikanów, jak i Demokratów –  mało kto traktował poważnie deklarację, że Donald Trump będzie się ubiegać o nominację Partii Republikańskiej.

Kolejne podobieństwo polega na tym, że obydwie kampanie bazowały na nieprawdopodobnych, wręcz absurdalnych obietnicach. W Wielkiej Brytanii agitujący za wyjściem z Unii Europejskiej zapewniali wyborców, że po wycofaniu się z Unii kraj może utrzymać dostęp do jednolitego rynku, a jednocześnie ograniczyć dostęp pracowników z państw UE do swojego rynku. Twierdzili również, że 350 mln funtów (465 mln dol.), które rzekomo Wielka Brytania co tydzień przekazuje do Unii, zostanie przeznaczonych na niedoinwestowaną narodowa służbę zdrowia.

W parę godzin po ogłoszeniu wyników referendum przywódcy kampanii za wyjściem zaczęli się z tych obietnic wycofywać, budząc wściekłość licznych wyborców – zwłaszcza tych, którzy poparli Brexit, kierując się pragnieniem ograniczenia imigracji.

Mimo to wielu wyborcom nieprawdopodobne obietnice Trumpa – w tym zobowiązanie do zbudowania płotu między USA i Meksykiem oraz do odtworzenia stanowisk miejsc pracy, które „wyciekły” za granicę – wciąż wydają się wiarygodne.

Złość klas średnich

Te paralele prowadzą do jednego wniosku: że złość, jaka ogarnęła licznych wyborców z klasy pracującej i klasy średniej, którzy czują się pominięci przez globalizację, ma znacznie większe nasilenie, niż sądzili przywódcy establishmentu. Tych ludzi nie można dłużej ignorować. Przeciwnie, przywódcy muszą wymyślić, co zrobić w sprawie ich obaw.

Globalizacja rodzi wygranych i przegranych. Podstawowe twierdzenie ekonomiczne głosi jednak, że gdy jednostki mogą swobodnie uczestniczyć w wymianie handlowej, wielkość gospodarczego tortu powiększa się na tyle, że wygrani mogliby – w teorii – zapewnić przegranym rekompensatę, a w rezultacie wszystkim by się poprawiło.

Globalizacyjni sceptycy słusznie twierdzą, że w praktyce ta rekompensata bywa zwykle hipotetyczna. Problematyczna jest jednak sugestia, że wobec tego powinniśmy starać się cofnąć globalizację – a jest tak z prostego powodu: nie da się tego zrobić.

Wszelkie próby wepchnięcia dżina z powrotem do butelki nie tylko mogłyby stać się przyczyną wojen handlowych – co miałoby poważne konsekwencje dla wzrostu gospodarczego – ale wcale nie spowodowałaby zmniejszenia wielkości handlu do poziomu sprzed 50 lat. Żaden przywódca narodowy nie jest w stanie sprawić, by zatrudnienie – powiedzmy – w przemyśle stalowym wróciło do wielkości z 1966 roku.

Wynagrodzić globalizację

Na szczęście istnieje lepsza opcja. Możemy przyjąć, że globalizacja jest czymś danym i wprowadzić posunięcia, żeby zapewnić rekompensatę tym, którzy naturalnie mogli ponieść przez nią straty.

Do posunięć, które mogłyby być pomocne, zalicza się  w Stanach Zjednoczonych Trade Adjustment Assistance – program skierowany zwłaszcza do tych, którzy wskutek handlu stracili pracę. Programy ważniejsze, które mogłyby pomóc osobom wypadłym z rynku na skutek handlu, zmian technicznych czy czegoś innego – obejmują rozszerzony zakres ulg z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego i Earned Income Tax Credit (zmniejszenia podatku należnego przysługującego w USA podatnikom o niskich i średnich dochodach; jeśli zmniejszenie sprawia, że podatek należny jest mniejszy od zera, urząd skarbowy wypłaca podatnikowi różnicę).

Demokraci – w tym prezydent Barack Obama oraz Hilary Clinton, faktyczna już kandydatka tej partii na następnego prezydenta – popierają na ogół te rozwiązania. Republikanie im się jednak sprzeciwiają. Trump zapewne odrzuciłby takie posunięcia, choć przecież ogłasza się zbawcą klasy pracującej.

Wzlot Trumpa pokazuje, jak bardzo w ciągu minionych ośmiu lat nasiliła się polaryzacja polityczna w USA. Po usunięciu osób politycznie umiarkowanych pogłębił się impas polityczny. Republikanie rutynowo blokują w Kongresie inicjatywy prezydenckie, nawet jeśli są to propozycje zbieżne z pomysłami republikańskimi. Przegranym globalizacji nie wróży to nic dobrego: potrzeba im przywódców – w obydwu partiach, w Kongresie i w organach wykonawczych – którzy zjednoczą się w celu ochrony ich interesów.

Bałagan w Brytyjskim systemie

Do niedawna wydawało się, że brytyjski system wyborczy cechuje podejście nad podziw zrównoważone. Dwie największe partie funkcjonowały zwykle pod kompetentnym i spójnym kierownictwem, stosunkowo dobrze określone były stanowiska: w przypadku Konserwatystów centroprawicowe, a Partii Pracy – centrolewicowe. W takiej sytuacji wyborcy mogli opierać swoje decyzje na kwestiach będących właśnie przedmiotem dyskusji. Zwycięzcy premierzy mogli przy tym działać w ramach systemu parlamentarnego na rzecz wprowadzenia w życie rozwiązań, za którymi agitowali w kampanii wyborczej.

Ale nawet kompetentni przywódcy brytyjscy podejmują czasami fatalne decyzje. I takie właśnie decyzje – od wprowadzenia pogłównego przez Margaret Thatcher, przez poparcie Tony’ego Blaira dla inwazji w Iraku pod egidą USA aż po decyzję Davida Camerona o przeprowadzeniu referendum w sprawie członkostwa w UE – osłabiają brytyjski system.

Teraz, po Cameronie, w tym systemie panuje bałagan. Wśród polityków z nowego wysypu w małym stopniu cechuje jasność czy spójność poglądów. Gdy nadejdą następne wybory, od ludzi będzie się wymagać dokonania wyboru między partiami, które bynajmniej nie prezentują wyraźnego stanowiska wobec istotnych decyzji politycznych, które musi podjąć Wielka Brytania – przede wszystkim co do tego, czy ma ona dążyć do wynegocjowania stosunkowo bliskiego stowarzyszenia z UE czy też ma się od Unii całkowicie oddzielić.

Pod tym względem wyborcy amerykańscy są chyba nadal w lepszej sytuacji niż brytyjscy. Choć bowiem pojawienie się Donalda Trumpa wskazuje, że amerykański system polityczny również znacząco się popsuł, to Demokraci nadal opowiadają się za rozwiązaniami takimi jak ubezpieczenie płac oraz powszechne ubezpieczenie zdrowotne, a Republikanie nadal się im sprzeciwiają.

W listopadzie amerykańscy wyborcy nadal będą więc podejmować decyzję dotyczącą jednej z kwestii, które zaprzątają dziś ich uwagę: czy zmierzyć się z realiami globalizacji, pomagając tym, których ona pominęła, czy też walczyć z wiatrakami niczym głosujący za Brexitem Brytyjczycy .

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


  • Grzegorz pisze:

    Artykuł z TEZĄ. Z OSĄDEM! To nie jest dziennikarstwo – to bełkot.

  • kbien pisze:

    Przekażemy opinię profesorowi na Harvard.

  • Tezcatlipoca2016 pisze:

    @Grzegorz To nie jest bełkot, ale trzeźwa konstatacja, że nie wszystkie rozwiązania dopuszczalne ekonomicznie są akceptowalne społecznie, nawet gdy w warunkach zblatowania polityków z wielkim kapitałem przez dłuższy czas są realizowalne politycznie. Niemniej w pewnym momencie kredyt społeczny się kończy a koszty polityczne rosną bardzo wysoko. Jak chcesz tłamsić ludzi protestujących przeciwko szastaniu publicznymi pieniędzmi dla ratowania prywatnych biznesów bankowych? Policją? Wojskiem? Przykład Islandii był raz ignorowany, a raz wyśmiewany. Niemniej jest to ścieżka dla choć częściowej pacyfikacji nastrojów: uwięzienie czołowych banksterów i odzyskiwanie środków zrabowanych do rajów podatkowych. Gdyby nie interesy polityków/finansjery amerykańskiej to Kajmany czy Wyspy Dziewicze zlikwidowałaby jedna kompania marines. Identycznie w przypadku angielskich wysp na Kanale. Kto obecnie miałby to robić? Juncker umoczony po uszy w tworzenie takiego raju w Luksemburgu?

Dodaj komentarz


− dwa = 4

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane